28.10.2022, 01:12 ✶
Łazienka nie była najwygodniejszym miejscem do czytania, ale co innego pozostawało, gdy każdy bardziej ustronny kąt zamku, do jakiego William miał dostęp, był aktualnie zajęty? Szkoła była ogromna, ale Lestrange wiedział aż za dobrze, że o prywatność było w niej zatrważająco trudno. Często brakowało mu ciszy rodowej rezydencji, w której jedynymi odgłosami były podszepty obrazów i wijących się pod zagięciem tapety zapomnianych historii sprzed wieków. Dzielenie dormitorium z innymi chłopcami również nie było idealne. Wcale nie przez to, że mu dokuczali, z tym zdawał sobie radzić, jeżeli już zaistniała taka sytuacja, ale po prostu, zwyczajnie i najprościej gdyby mógł przebywałby większość czasu tylko i wyłącznie w swoim towarzystwie. Ubikacja dziewcząt na pierwszym piętrze również nie była świetną opcją, ale przynajmniej strzegący jej duch jęczącej Marty nie wydawał się nim wcale aż tak przejęty. Czasami nawet ucinali sobie pogawędki, chociaż Will uważał Martę za conajmniej dziwną, co, zasadniczo było nowością, bo to on sam uchodził za raczej ekscentrycznego.
Wielkie było jego zdziwienie, gdy usłyszał, że ktoś nie tylko wchodzi do łazienki (co już przysporzyło go o wypieki na twarzy i paniczne myślenie o ucieczce lub dobrej wymówce), ale też rzuca na drzwi alohomorę. Zmarszczył brwi, miał nadzieję, że nikt nie zakluczył się tutaj, aby... nie, nie. Był pewien, że do środka weszła jedna osoba, a nie dwójka. Potrząsnął głową jakby starając się wyrzucić tę okropną myśl z głowy i już zbierał z kolan ogromne tomiszcze, jakie zgarnął z biblioteki zaledwie pare dni temu. Te wyślizgnęło mu się niesfornie z rąk i z łoskotem wylądowało na wilgotnej podłodze. Hałas rozszedł się po wysokich sklepieniach echem, a William skrzywił się i nastroszył jak kot, którego zaszło się od boku z piszczącą zabawką.
- Ano tak, to ja. - oświadczył spostrzegawczo, a jego własny głos zabrzmiał mu obco, zbyt pewnie. W środku kipiał z zażenowania, które, mimo wszystko, powoli zaczynało schodzić do normalnych poziomów, bo przynajmniej wiedział, ze osoba, z którą ma do czynienia jest mu znajoma - Nie, bo wiesz, tak się złożyło, ze tu nikogo nie było, a i tak nikt tu nie wchodzi, wiesz przez Martę, no i podłoga jest mokrawa, ja zawsze noszę dodatkowy sweter ze sobą jak tu wchodzę, aby wiesz, przetrzeć wnękę okna, na której siedzę, o, no, bo przychodzę tu czytać, a właśnie! - mówiąc to, prawie krzycząc schylił się i podniósł książkę pospiesznie, bo właściwie to prawie o niej w całym tym ambarasie zapomniał. Skrzywił się jeszcze bardziej spostrzegając, że okładka jest mokra. Odłożył tomiszcze na parapet z westchnieniem - No i co ja? A tak. Przychodzę tu czytać, bo nikt tu nie wchodzi, ale czemu w ogóle zamknęłaś drzwi? Ktoś cię goni? Coś się stało? Chciałaś... yyy pobyć sama ... w jakimś celu? - uniósł ręce w bezradności, bo w sumie brakło mu już pomysłów, ale patrząc po twarzy rozmówczyni wcale nie musiał kontynuować, bo i tak powiedział aż nadto, jak zwykle. Nie wiedział kiedy przestać ani czego właściwie wymagają od niego ludzie w rozmowach. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że może powinien zaproponować, iż z toalety wyjdzie, bo przecież ta przeznaczona była dla dziewcząt. William był inteligentny, ale, jak to wielkim umysłom, podstawowe fakty bardzo często mu umykały.
- William, nie mówiłeś, że na kogoś tu czekasz! - 'Jęcząca Marta' wyłoniła się z jednej z kabin, przenikając przez jej drzwi. Jej głos był niesamowicie piskliwy i głośny, acz jeszcze nie taki, aby zagrażać bębenkom. Spojrzała na młodego Lestrange'a z niejakim wyrzutem, jakby sekundy dzieliły ją od wybuchu i tantrum - To twoja dziewczyna? - zjawa przesunęła się w kierunku Florence i zawisła pomiędzy nią, a Williamem przyglądając się dziewczynie i jej ciasno upiętym włosom. Może nawet im trochę bardziej, kto wie.
- No, bo nie czekałem na nikogo, Marto. I nie, Florence nie jest moją dziewczyną. - William, zaskakująco, nie wydawał się skrępowany tym pytaniem, odpowiedział na nie podobnym tonem jakby mówił o wczorajszym podwieczorku. Nie rozmawiał też z duchem na tyle często, aby czuć się zobligowanym do wyjawiania różnych tajników o swoim życiu, acz wolał unikać rozzłoszczenia jej, wiedząc jak głośno ta potrafi zawodzić. Mimo wszystko, był to pierwszy raz, gdy zjawa podleciała tak blisko, zazwyczaj obserwowała go spod sufitu albo z kabin, więc ominął ją i stanął bliżej drugiej Krukonki, jakby przezornie.
Wielkie było jego zdziwienie, gdy usłyszał, że ktoś nie tylko wchodzi do łazienki (co już przysporzyło go o wypieki na twarzy i paniczne myślenie o ucieczce lub dobrej wymówce), ale też rzuca na drzwi alohomorę. Zmarszczył brwi, miał nadzieję, że nikt nie zakluczył się tutaj, aby... nie, nie. Był pewien, że do środka weszła jedna osoba, a nie dwójka. Potrząsnął głową jakby starając się wyrzucić tę okropną myśl z głowy i już zbierał z kolan ogromne tomiszcze, jakie zgarnął z biblioteki zaledwie pare dni temu. Te wyślizgnęło mu się niesfornie z rąk i z łoskotem wylądowało na wilgotnej podłodze. Hałas rozszedł się po wysokich sklepieniach echem, a William skrzywił się i nastroszył jak kot, którego zaszło się od boku z piszczącą zabawką.
- Ano tak, to ja. - oświadczył spostrzegawczo, a jego własny głos zabrzmiał mu obco, zbyt pewnie. W środku kipiał z zażenowania, które, mimo wszystko, powoli zaczynało schodzić do normalnych poziomów, bo przynajmniej wiedział, ze osoba, z którą ma do czynienia jest mu znajoma - Nie, bo wiesz, tak się złożyło, ze tu nikogo nie było, a i tak nikt tu nie wchodzi, wiesz przez Martę, no i podłoga jest mokrawa, ja zawsze noszę dodatkowy sweter ze sobą jak tu wchodzę, aby wiesz, przetrzeć wnękę okna, na której siedzę, o, no, bo przychodzę tu czytać, a właśnie! - mówiąc to, prawie krzycząc schylił się i podniósł książkę pospiesznie, bo właściwie to prawie o niej w całym tym ambarasie zapomniał. Skrzywił się jeszcze bardziej spostrzegając, że okładka jest mokra. Odłożył tomiszcze na parapet z westchnieniem - No i co ja? A tak. Przychodzę tu czytać, bo nikt tu nie wchodzi, ale czemu w ogóle zamknęłaś drzwi? Ktoś cię goni? Coś się stało? Chciałaś... yyy pobyć sama ... w jakimś celu? - uniósł ręce w bezradności, bo w sumie brakło mu już pomysłów, ale patrząc po twarzy rozmówczyni wcale nie musiał kontynuować, bo i tak powiedział aż nadto, jak zwykle. Nie wiedział kiedy przestać ani czego właściwie wymagają od niego ludzie w rozmowach. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że może powinien zaproponować, iż z toalety wyjdzie, bo przecież ta przeznaczona była dla dziewcząt. William był inteligentny, ale, jak to wielkim umysłom, podstawowe fakty bardzo często mu umykały.
- William, nie mówiłeś, że na kogoś tu czekasz! - 'Jęcząca Marta' wyłoniła się z jednej z kabin, przenikając przez jej drzwi. Jej głos był niesamowicie piskliwy i głośny, acz jeszcze nie taki, aby zagrażać bębenkom. Spojrzała na młodego Lestrange'a z niejakim wyrzutem, jakby sekundy dzieliły ją od wybuchu i tantrum - To twoja dziewczyna? - zjawa przesunęła się w kierunku Florence i zawisła pomiędzy nią, a Williamem przyglądając się dziewczynie i jej ciasno upiętym włosom. Może nawet im trochę bardziej, kto wie.
- No, bo nie czekałem na nikogo, Marto. I nie, Florence nie jest moją dziewczyną. - William, zaskakująco, nie wydawał się skrępowany tym pytaniem, odpowiedział na nie podobnym tonem jakby mówił o wczorajszym podwieczorku. Nie rozmawiał też z duchem na tyle często, aby czuć się zobligowanym do wyjawiania różnych tajników o swoim życiu, acz wolał unikać rozzłoszczenia jej, wiedząc jak głośno ta potrafi zawodzić. Mimo wszystko, był to pierwszy raz, gdy zjawa podleciała tak blisko, zazwyczaj obserwowała go spod sufitu albo z kabin, więc ominął ją i stanął bliżej drugiej Krukonki, jakby przezornie.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated