19.04.2023, 02:46 ✶
Wzdrygnęła się znowu, słysząc uderzenie, ale część niej zdziwiła się, jakby zaskoczona tym, że zaraz za dźwiękiem nie nadszedł ból. Nie uderzył w nią, zdała sobie sprawę, biorąc płytki, drżący oddech i spoglądając na niego kątem oka. Ale nie na jego twarz, na jego dłonie. Na to, jak jego palce przesuwały się po kostkach drugiej ręki. Nie samego bólu bała się Dora, a tego zawieszenia i napięcia, które otaczało ich i zdawało się wypełniać cały zakamarek korytarza, w którym się znajdowali. Nie słów się bała, a tych momentów kiedy na chwilę milknął.
W pewien sposób dziwiła się, że nie był pewien ile właściwie miała lat. Część niej chyba miała do tej pory przeświadczenie, że jej istnienie przyjmowane jest z tak nienawistną pasją, że wyliczane nie tyle co do lat, ale nawet miesięcy czy tygodni. Może miała w tym temacie rację, ale tylko częściową? Może Stanley akurat nie należał do tych, którzy nosili w sobie bezpośredni gniew wiążący się z Susanne. Pewnie był tylko synem jej kuzyna, albo innego pociotka.
Spojrzała jednak na niego, na jego twarz, dokładnie w tym momencie, kiedy szacował jej wiek. Był blisko, bo do dwudziestych urodzin zostało jej zaledwie parę miesięcy. Zadrżała też zaraz, kiedy przeszedł w swoich rozważaniach dalej, w o wiele bardziej brutalne rejony. Nie odwróciła jednak wzroku, nawet jeśli jej oczy zaszkliły się bardziej. Bo jego słowa przyniosły ze sobą wspomnienia. Wspomnienia zbrodni, jaką popełniono na jej matce.
- Przestań - zażądała, ale był to tylko szept, jakby gardło zdradziło ją, nie pozwalając rzucić tego słowa z mocą jakiej sobie życzyła. Pamiętała, jak wstrząśnięty był jej ojciec, nawet jeśli próbował to ukryć. Jak rozpadł się, niby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pamiętała też, jak bestialsko potraktowano jej matkę, jakby samo zamordowanie jej nie wchodziło w rachubę. Czy tak właśnie było z Susanne? Sprawiała problemy, więc potraktowano ją gorzej?
Dłonie, które oparte były na rączce wózka, zaczęły błądzić za przyciskiem zwalniającym blokadę kółek, który zabezpieczał całą konstrukcję przed niekontrolowanym odjechaniem, kiedy nie było to pożądane. W końcu też natrafiła na wystający element i nacisnęły go, a wózek odjechał, ze szczękiem buteleczek i fiolek poddając się jej naporowi. Przesunął się, przestając jej zawadzać i uderzając o ścianę. Sama Crawley, wreszcie wolna, cofnęła się o parę kroków w tył, na moment gubiąc się sama w sobie i odwracając, by znaleźć drogę ucieczki. Ale zapomniała, że byli w zaułku do składziku, do wejścia do którego wystarczyłoby mu pewnie zwykłe zaklęcie.
Odwróciła się szybko, a kiedy to zrobiła, trzymała już w dłoni różdżkę.
- Nie podchodź bliżej - ostrzegła go, wyciągając w jego kierunku rękę, jakby ten gest miał go upewnić w jej żądaniu. Tyle że to nie dłoń z różdżką podniosła, a tę wolną, jakby licząc na to, że samo ostrzeżenie wystarczy. Mimo wszystko nie była w stanie zmusić się do tego, by tak po prostu w niego wycelować. Dłoń z różdżką mimo wszystko była lekko uniesiona. W gotowości, by znaleźć się w odpowiednim miejscu.
- Minęło tyle czasu, a wam wciąż mało? Zabraliście już jedno życie, czemu nie możecie pozwolić nam żyć w spokoju? - zapytała, czując jak łzy spływają jej po policzkach. Nie spuściła jednak z niego wzroku, czujnie obserwując każdy jego ruch, gotowa nie tyle rzucić zaklęcie, co w pierwszym odruchu cofnąć się, gdyby znowu spróbował się zbliżyć.
W pewien sposób dziwiła się, że nie był pewien ile właściwie miała lat. Część niej chyba miała do tej pory przeświadczenie, że jej istnienie przyjmowane jest z tak nienawistną pasją, że wyliczane nie tyle co do lat, ale nawet miesięcy czy tygodni. Może miała w tym temacie rację, ale tylko częściową? Może Stanley akurat nie należał do tych, którzy nosili w sobie bezpośredni gniew wiążący się z Susanne. Pewnie był tylko synem jej kuzyna, albo innego pociotka.
Spojrzała jednak na niego, na jego twarz, dokładnie w tym momencie, kiedy szacował jej wiek. Był blisko, bo do dwudziestych urodzin zostało jej zaledwie parę miesięcy. Zadrżała też zaraz, kiedy przeszedł w swoich rozważaniach dalej, w o wiele bardziej brutalne rejony. Nie odwróciła jednak wzroku, nawet jeśli jej oczy zaszkliły się bardziej. Bo jego słowa przyniosły ze sobą wspomnienia. Wspomnienia zbrodni, jaką popełniono na jej matce.
- Przestań - zażądała, ale był to tylko szept, jakby gardło zdradziło ją, nie pozwalając rzucić tego słowa z mocą jakiej sobie życzyła. Pamiętała, jak wstrząśnięty był jej ojciec, nawet jeśli próbował to ukryć. Jak rozpadł się, niby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pamiętała też, jak bestialsko potraktowano jej matkę, jakby samo zamordowanie jej nie wchodziło w rachubę. Czy tak właśnie było z Susanne? Sprawiała problemy, więc potraktowano ją gorzej?
Dłonie, które oparte były na rączce wózka, zaczęły błądzić za przyciskiem zwalniającym blokadę kółek, który zabezpieczał całą konstrukcję przed niekontrolowanym odjechaniem, kiedy nie było to pożądane. W końcu też natrafiła na wystający element i nacisnęły go, a wózek odjechał, ze szczękiem buteleczek i fiolek poddając się jej naporowi. Przesunął się, przestając jej zawadzać i uderzając o ścianę. Sama Crawley, wreszcie wolna, cofnęła się o parę kroków w tył, na moment gubiąc się sama w sobie i odwracając, by znaleźć drogę ucieczki. Ale zapomniała, że byli w zaułku do składziku, do wejścia do którego wystarczyłoby mu pewnie zwykłe zaklęcie.
Odwróciła się szybko, a kiedy to zrobiła, trzymała już w dłoni różdżkę.
- Nie podchodź bliżej - ostrzegła go, wyciągając w jego kierunku rękę, jakby ten gest miał go upewnić w jej żądaniu. Tyle że to nie dłoń z różdżką podniosła, a tę wolną, jakby licząc na to, że samo ostrzeżenie wystarczy. Mimo wszystko nie była w stanie zmusić się do tego, by tak po prostu w niego wycelować. Dłoń z różdżką mimo wszystko była lekko uniesiona. W gotowości, by znaleźć się w odpowiednim miejscu.
- Minęło tyle czasu, a wam wciąż mało? Zabraliście już jedno życie, czemu nie możecie pozwolić nam żyć w spokoju? - zapytała, czując jak łzy spływają jej po policzkach. Nie spuściła jednak z niego wzroku, czujnie obserwując każdy jego ruch, gotowa nie tyle rzucić zaklęcie, co w pierwszym odruchu cofnąć się, gdyby znowu spróbował się zbliżyć.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.