19.04.2023, 16:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2024, 15:17 przez Mackenzie Greengrass.)
Mackenzie stwierdzenie Charlesa zbyła wzruszeniem ramionami. Po prostu nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Czy każdemu ministrowi nie rzucano kłód pod nogi? Tak naprawdę dziewczyna zupełnie tego nie rozumiała: ani polityki, ani pracy Ministerstwa Magii, ani skomplikowanego świata czystokrwistych, z którego została wykluczona jeszcze przed swoim narodzeniem. Rookwood nasłuchał się z pewnością wielu rzeczy w domu, czy przy okazjach, w których musiał uczestniczyć jako syn swojej rodziny, ale z nią było inaczej.
Znacznie bardziej interesowała ją – i dziwiła – opowieść o piłce nożnej.
- Nie wolno się nawzajem wywracać? – zdumiała się. To znaczy… celowe zderzania i u nich karano rzutami wolnymi, ale nie mieli żadnych pałkarzy? Nikogo, kto miałby atakować napastników? – I ilu zawodników ma walczyć o tę jedną piłkę…? – spytała jeszcze, wyraźnie skołowana całą tą opowieścią. Mugole jednak byli dziwakami, skoro taki sport ich ekscytował.
Podczas jego wykładu… po prostu zaczęła jeść. Nie przerywała go, ale i nie komentowała. Ponownie nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, bo mugole zawsze zdawali się jej trochę mało ogarnięci, a w dodatku ktoś, kto tak bardzo nie rozumiał nawet czarodziejów, nie mógłby przyjąć, że mugole są „tacy sami”.
- Wrogowie Leacha chcą odmówić prawa do istnienia mugolakom? – spytała w końcu, bo to jedno zwróciło jej uwagę. Tak, doskonale wiedziała, że szlamy nie są dobrze traktowane. Jej własne pochodzenie było ogromnym problemem dla wielu ludzi. Ale Mackenzie, zapatrzona w quidditch, jeszcze nie zdążyła dostrzec ciemnych chmur, które gromadziły się nad ich światem. Ani domyśleć się, do jak wielu paskudnych rzeczy mogli się posunąć.
Charlie nie zdążył jednak jej odpowiedzieć, bo oto ktoś podszedł do ich stolika. I samo jego gadanie sprawiło, że Mackenzie przymknęła powieki, czując, że głowa, już i tak trochę protestująca przeciwko niedawnemu spacerowi w skwarze, zaczyna boleć ją bardziej. To nie tak, że obchodził ją Noby Leach.
Ale bardzo, bardzo nie lubiła, kiedy ktoś odzywał się do niej tym tonem i próbował coś narzucać.
Mackenzie, dziewczyna o niemal kamiennej twarzy, specyficznym stylu wypowiedzi, która zawsze trzymała się z boku i nie denerwowała, kiedy nagle wpadła w błoto albo ktoś wyrwał ją ze snu o trzeciej w nocy, mogła niekiedy wydawać się oazą spokoju. Były to jednak tylko pozory. Istniały sytuacje, gdy rzucała się komuś do gardła pierwsza, i to nie z różdżką, a z pięścią. W dodatku chłopak, chcący sprowokować Charliego, zapewne pozostawał beztrosko nieświadomy, że przy tym stoliku siedzą nie jedna, a dwie osoby, które potrafiły posunąć się do rękoczynów.
I że to ta bardziej niepozorna zarabia na siłę dbając o zręczność i siłę.
Greengrass walczyła przez chwilę sama ze sobą. Chłopak właściwie jeszcze nic nie zrobił. Byli w barze, nie na zewnątrz. Nie miała piętnastu lat. Nie wypadało ot tak wstać i dać mu w zęby.
- Idź sprawdź, czy nie ma cię po drugiej stronie drzwi – doradziła, odkładając swój posiłek.
Mężczyzna zmierzył ich spojrzeniem, po czym splunął na podłogę i wrócił do swojego stolika. Odgłosy głośnej rozmowy sprawiały, że Greengrass posiedziała jeszcze przez chwilę - wsłuchując się w ich obelgi pod adresem Leacha.
Nie obchodził ją Leach: ale nie miała ochoty tego słuchać. Nie wstała od razu głównie z jednego powodu, nie chciała dać im satysfakcji. Straciła jednak apetyt i po jakichś dziesięciu minutach pożegnała się z Charliem.
Znacznie bardziej interesowała ją – i dziwiła – opowieść o piłce nożnej.
- Nie wolno się nawzajem wywracać? – zdumiała się. To znaczy… celowe zderzania i u nich karano rzutami wolnymi, ale nie mieli żadnych pałkarzy? Nikogo, kto miałby atakować napastników? – I ilu zawodników ma walczyć o tę jedną piłkę…? – spytała jeszcze, wyraźnie skołowana całą tą opowieścią. Mugole jednak byli dziwakami, skoro taki sport ich ekscytował.
Podczas jego wykładu… po prostu zaczęła jeść. Nie przerywała go, ale i nie komentowała. Ponownie nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, bo mugole zawsze zdawali się jej trochę mało ogarnięci, a w dodatku ktoś, kto tak bardzo nie rozumiał nawet czarodziejów, nie mógłby przyjąć, że mugole są „tacy sami”.
- Wrogowie Leacha chcą odmówić prawa do istnienia mugolakom? – spytała w końcu, bo to jedno zwróciło jej uwagę. Tak, doskonale wiedziała, że szlamy nie są dobrze traktowane. Jej własne pochodzenie było ogromnym problemem dla wielu ludzi. Ale Mackenzie, zapatrzona w quidditch, jeszcze nie zdążyła dostrzec ciemnych chmur, które gromadziły się nad ich światem. Ani domyśleć się, do jak wielu paskudnych rzeczy mogli się posunąć.
Charlie nie zdążył jednak jej odpowiedzieć, bo oto ktoś podszedł do ich stolika. I samo jego gadanie sprawiło, że Mackenzie przymknęła powieki, czując, że głowa, już i tak trochę protestująca przeciwko niedawnemu spacerowi w skwarze, zaczyna boleć ją bardziej. To nie tak, że obchodził ją Noby Leach.
Ale bardzo, bardzo nie lubiła, kiedy ktoś odzywał się do niej tym tonem i próbował coś narzucać.
Mackenzie, dziewczyna o niemal kamiennej twarzy, specyficznym stylu wypowiedzi, która zawsze trzymała się z boku i nie denerwowała, kiedy nagle wpadła w błoto albo ktoś wyrwał ją ze snu o trzeciej w nocy, mogła niekiedy wydawać się oazą spokoju. Były to jednak tylko pozory. Istniały sytuacje, gdy rzucała się komuś do gardła pierwsza, i to nie z różdżką, a z pięścią. W dodatku chłopak, chcący sprowokować Charliego, zapewne pozostawał beztrosko nieświadomy, że przy tym stoliku siedzą nie jedna, a dwie osoby, które potrafiły posunąć się do rękoczynów.
I że to ta bardziej niepozorna zarabia na siłę dbając o zręczność i siłę.
Greengrass walczyła przez chwilę sama ze sobą. Chłopak właściwie jeszcze nic nie zrobił. Byli w barze, nie na zewnątrz. Nie miała piętnastu lat. Nie wypadało ot tak wstać i dać mu w zęby.
- Idź sprawdź, czy nie ma cię po drugiej stronie drzwi – doradziła, odkładając swój posiłek.
Mężczyzna zmierzył ich spojrzeniem, po czym splunął na podłogę i wrócił do swojego stolika. Odgłosy głośnej rozmowy sprawiały, że Greengrass posiedziała jeszcze przez chwilę - wsłuchując się w ich obelgi pod adresem Leacha.
Nie obchodził ją Leach: ale nie miała ochoty tego słuchać. Nie wstała od razu głównie z jednego powodu, nie chciała dać im satysfakcji. Straciła jednak apetyt i po jakichś dziesięciu minutach pożegnała się z Charliem.
Postać opuszcza sesję