19.04.2023, 17:27 ✶
Niezbyt przejęła się tym, że miał brudną rękę. Jej wprawdzie akurat były czyste, ale Brenna na tyle często właziła na okoliczne drzewa, pieliła w ogródku czy zrywała owoce, że nie był to dla nich wcale typowy stan.
Co do drzew, oczywiście żartowała – podobnie jak co do form życia. Ale że bardzo często plotła temu podobne bzdury, a ludzie różnie na nie reagowali, czasem biorąc je na poważnie, a czasem ją za szaloną, że chyba żadna odpowiedź by jej już nie zdziwiła.
- Metal przynajmniej jest przydatny. I nie wynajdzie koła, aby ruszyć na podbój świata, a co do tego, co kryje się na samym spodzie tych wszystkich raportów, nie jestem pewna – stwierdziła, omiatając wnętrze zaciekawionym spojrzeniem. W tym wypadku nawet tej ciekawości nie kryła: nie przyszła tu w końcu z towarzyską wizytą.
- Oj nie, zupełnie pan nie rozumie, jak to działa. To jest taki angielski zwyczaj. Udajemy, że jesteśmy miłymi sąsiadami i przynosimy nowym sąsiadom coś dobrego na powitanie. A tak naprawdę chodzi o to, że jesteśmy okropnymi ludźmi, którzy chcą zaspokoić swoją ciekawość, i przynoszą ze sobą jedzenie, żeby było ciężej wyrzucić ich za próg – odparła żartobliwym tonem, kiedy powiedział, że to oni powinni ich wszystkich pozapraszać i zdawał się zakłopotany wręczonym prezentem.
Opadła na zydel. Kiedy podsunął jej pączki, sięgnęła na jednego na chybił trafił. Nie było może grzeczne wyjadanie przysmaków, które przyniosło się samemu, ale po pierwsze – Brenna, sama coraz bardziej paranoiczna, nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś chciał sprawdzić, czy nie chce go otruć. Po drugie – skoro ledwo co się sprawdzili, prawdopodobnie nie zdążyli zaopatrzyć naprawdę dobrze spiżarni, a kto wie, czy gdyby nie odmówiła, nie czułby się zobowiązany proponować czegoś innego?
- Zwykle nie słodzę. Czyli zrobicie konkurencję Flitwickom z Little Hangleton. To chyba najbardziej znana rodzina kowali w Anglii. Kucie, renowacja, pieczętowanie, jubilerstwo… - powtórzyła z zastanowieniem, gdzieś pomiędzy kęsami pączka. Obserwowała, jak napala w piecu, ale potem zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, bo nie znając ich kultury nie miała pojęcia, czy nie uznałby takiego gapienia się za niegrzeczne. – Szeroka specjalizacja. Ale skoro „jubilerstwo”, to jestem prawie pewna, że kolejna osoba z mojej rodziny na waszym progu to będzie moja matka. Zamówi coś z samej ciekawości. Kiedy rzucę jej hasło „jubiler” pewnie przybiegnie tutaj tak, że będzie się za nią aż kurzyło.
Elisa Potter zasadniczo miała więcej pieniędzy niż jej mąż. I całkiem lubiła je wydawać na takie rzeczy, jak biżuteria, suknie oraz, rzecz jasna, jak przystało na nieodrodną córkę Potterów: środki do pielęgnacji włosów i perfumy. (Chociaż Brenna trochę wyolbrzymiała. Matka, w przeciwieństwie do córki, nie była nadaktywna, więc prawdopodobnie przyjdzie tutaj dostojnym krokiem.)
- …choć może dziadek ją prześcignie – dodała zaraz z wahaniem. – Bardzo lubi miecze – uzupełniła. Po prawdzie ona też bardzo je lubiła, ale żyła w przekonaniu, że żaden nie dorówna temu, który wisiał nad ich kominkiem. – Myśleliście o reklamie w Londynie? W Dolinie jest trochę czarodziei, ale tylko kilka rodzin może sobie pozwolić na większe zamówienia. Chyba że chcecie też sprzedawać wyroby mugolom? Chociaż oni chyba rzadko są zainteresowani w dzisiejszych czasach usługami kowala – powiedziała, bez przesadnych krępacji odnośnie wspominania o mugolach. W końcu pomijając już to, jak rozpalał ogień, sam wspomniał o „pieczętowaniu”, a Brenna jakoś wątpiła, by mugolscy kowale zajmowali się czymś takim.
Co do drzew, oczywiście żartowała – podobnie jak co do form życia. Ale że bardzo często plotła temu podobne bzdury, a ludzie różnie na nie reagowali, czasem biorąc je na poważnie, a czasem ją za szaloną, że chyba żadna odpowiedź by jej już nie zdziwiła.
- Metal przynajmniej jest przydatny. I nie wynajdzie koła, aby ruszyć na podbój świata, a co do tego, co kryje się na samym spodzie tych wszystkich raportów, nie jestem pewna – stwierdziła, omiatając wnętrze zaciekawionym spojrzeniem. W tym wypadku nawet tej ciekawości nie kryła: nie przyszła tu w końcu z towarzyską wizytą.
- Oj nie, zupełnie pan nie rozumie, jak to działa. To jest taki angielski zwyczaj. Udajemy, że jesteśmy miłymi sąsiadami i przynosimy nowym sąsiadom coś dobrego na powitanie. A tak naprawdę chodzi o to, że jesteśmy okropnymi ludźmi, którzy chcą zaspokoić swoją ciekawość, i przynoszą ze sobą jedzenie, żeby było ciężej wyrzucić ich za próg – odparła żartobliwym tonem, kiedy powiedział, że to oni powinni ich wszystkich pozapraszać i zdawał się zakłopotany wręczonym prezentem.
Opadła na zydel. Kiedy podsunął jej pączki, sięgnęła na jednego na chybił trafił. Nie było może grzeczne wyjadanie przysmaków, które przyniosło się samemu, ale po pierwsze – Brenna, sama coraz bardziej paranoiczna, nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś chciał sprawdzić, czy nie chce go otruć. Po drugie – skoro ledwo co się sprawdzili, prawdopodobnie nie zdążyli zaopatrzyć naprawdę dobrze spiżarni, a kto wie, czy gdyby nie odmówiła, nie czułby się zobowiązany proponować czegoś innego?
- Zwykle nie słodzę. Czyli zrobicie konkurencję Flitwickom z Little Hangleton. To chyba najbardziej znana rodzina kowali w Anglii. Kucie, renowacja, pieczętowanie, jubilerstwo… - powtórzyła z zastanowieniem, gdzieś pomiędzy kęsami pączka. Obserwowała, jak napala w piecu, ale potem zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, bo nie znając ich kultury nie miała pojęcia, czy nie uznałby takiego gapienia się za niegrzeczne. – Szeroka specjalizacja. Ale skoro „jubilerstwo”, to jestem prawie pewna, że kolejna osoba z mojej rodziny na waszym progu to będzie moja matka. Zamówi coś z samej ciekawości. Kiedy rzucę jej hasło „jubiler” pewnie przybiegnie tutaj tak, że będzie się za nią aż kurzyło.
Elisa Potter zasadniczo miała więcej pieniędzy niż jej mąż. I całkiem lubiła je wydawać na takie rzeczy, jak biżuteria, suknie oraz, rzecz jasna, jak przystało na nieodrodną córkę Potterów: środki do pielęgnacji włosów i perfumy. (Chociaż Brenna trochę wyolbrzymiała. Matka, w przeciwieństwie do córki, nie była nadaktywna, więc prawdopodobnie przyjdzie tutaj dostojnym krokiem.)
- …choć może dziadek ją prześcignie – dodała zaraz z wahaniem. – Bardzo lubi miecze – uzupełniła. Po prawdzie ona też bardzo je lubiła, ale żyła w przekonaniu, że żaden nie dorówna temu, który wisiał nad ich kominkiem. – Myśleliście o reklamie w Londynie? W Dolinie jest trochę czarodziei, ale tylko kilka rodzin może sobie pozwolić na większe zamówienia. Chyba że chcecie też sprzedawać wyroby mugolom? Chociaż oni chyba rzadko są zainteresowani w dzisiejszych czasach usługami kowala – powiedziała, bez przesadnych krępacji odnośnie wspominania o mugolach. W końcu pomijając już to, jak rozpalał ogień, sam wspomniał o „pieczętowaniu”, a Brenna jakoś wątpiła, by mugolscy kowale zajmowali się czymś takim.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.