19.04.2023, 23:16 ✶
On znowu patrzył w wodę, trawiąc zagrzewające do walki słowa Geraldine. Nie mógł odmówić jej optymizmu. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu pokładała idiotycznie dużo wiary w jego umiejętnościach alchemicznych, które w rzeczywistości wyglądały bardzo przeciętne. Nigdy nie był w niczym naprawdę dobry i eliksiry nie były wyjątkiem, dlatego też skończył warząc mierne napoje wyskokowe i odtrutki na zjazd w zaszczanej przez szczury piwnicy.
- Nie jestem aż taki głupi, żeby myśleć, że wyleczę się sam z Nocnej Mary. Ale wróciłem do Londynu właśnie przez to, że miałem głupią nadzieję na znalezienie kogoś, kto będzie w stanie to zrobić... - Westchnął, oglądając swoje siniejące z zimna dłonie. - Chciałbym być bogaty i mieć kontakty, wszystko byłoby łatwiejsze.
Mniej-więcej w tym momencie wręczył kobiecie szklankę z wodą i sięgnął za oparcie kanapy. Chwilę się z czymś szarpał, aż wreszcie triumfalnie pokazał wyciągnięty z głębin mebla koc w panterkę. Łowczyni nie mogła tego wiedzieć, ale stanowił on cały jego zestaw pościeli, bo nie uznawał ani prześcieradeł, ani poszewek.
- Zimno, nie? Zimno. - Sam zadał pytanie i sam na nie odpowiedział; był samowystarczalny, był taki wydajny.
Później ostrożnie przykrył ją i siebie. Woń koca tonęła w ciężkim zapachu zabajonych ziołem fajek, których dzisiaj wypalił kilkanaście.
Po chwili zapalczywego pocierania dłońmi o siebie, podjął temat:
- W zasadzie... to tak. Czuję, że jest inaczej. - Myślał o tych wszystkich swoich ucieczkach, o kłótniach, o bójkach, kradzieżach i efemerycznych romansach. O chlaniu, ćpaniu i o okaleczaniu się. O trwającym miesiącami, rozrywającym duszę bólu i o nagłych zastrzykach energii, które dawały mu złudną nadzieję, że będzie lepiej. Zazgrzytał zębami. - Ja się staram, to chyba najważniejsze? To wszystko jest takie trudne. Dla mnie. Dla innych jest prostsze, inaczej by nie dali rady, by nie dali rady, tak jak ja. Chyba, że jestem po prostu jakiś głupi i tyle. Zły z natury.
Rozmowa była ciężka, pełna emocji, ale mu i tak brakowało bodźców. Gdy mówił, wyciągnał z kieszeni zmiętego szluga i wymacywał różdżki, żeby go odpalić, ale zorientował się, że zostawił ją na ladzie.
- Nie jestem aż taki głupi, żeby myśleć, że wyleczę się sam z Nocnej Mary. Ale wróciłem do Londynu właśnie przez to, że miałem głupią nadzieję na znalezienie kogoś, kto będzie w stanie to zrobić... - Westchnął, oglądając swoje siniejące z zimna dłonie. - Chciałbym być bogaty i mieć kontakty, wszystko byłoby łatwiejsze.
Mniej-więcej w tym momencie wręczył kobiecie szklankę z wodą i sięgnął za oparcie kanapy. Chwilę się z czymś szarpał, aż wreszcie triumfalnie pokazał wyciągnięty z głębin mebla koc w panterkę. Łowczyni nie mogła tego wiedzieć, ale stanowił on cały jego zestaw pościeli, bo nie uznawał ani prześcieradeł, ani poszewek.
- Zimno, nie? Zimno. - Sam zadał pytanie i sam na nie odpowiedział; był samowystarczalny, był taki wydajny.
Później ostrożnie przykrył ją i siebie. Woń koca tonęła w ciężkim zapachu zabajonych ziołem fajek, których dzisiaj wypalił kilkanaście.
Po chwili zapalczywego pocierania dłońmi o siebie, podjął temat:
- W zasadzie... to tak. Czuję, że jest inaczej. - Myślał o tych wszystkich swoich ucieczkach, o kłótniach, o bójkach, kradzieżach i efemerycznych romansach. O chlaniu, ćpaniu i o okaleczaniu się. O trwającym miesiącami, rozrywającym duszę bólu i o nagłych zastrzykach energii, które dawały mu złudną nadzieję, że będzie lepiej. Zazgrzytał zębami. - Ja się staram, to chyba najważniejsze? To wszystko jest takie trudne. Dla mnie. Dla innych jest prostsze, inaczej by nie dali rady, by nie dali rady, tak jak ja. Chyba, że jestem po prostu jakiś głupi i tyle. Zły z natury.
Rozmowa była ciężka, pełna emocji, ale mu i tak brakowało bodźców. Gdy mówił, wyciągnał z kieszeni zmiętego szluga i wymacywał różdżki, żeby go odpalić, ale zorientował się, że zostawił ją na ladzie.