20.04.2023, 00:07 ✶
- Nie potępiam konkurencji. To tylko luźna uwaga. Oni są najbardziej znaną rodziną czarodziejów, którzy zajmują się kowalstwem... ale to nie znaczy, że nie ma pola na innych rzemieślników. Zwłaszcza, że wciąż najbardziej pożądane są goblińskie wyroby, ale handel z nimi do bezpiecznych nie należy - powiedziała Brenna. - O, żyją, zapewniam. Dziadek Godryk na pewno doceni dobrze zrobiony miecz.
Zresztą, chociaż absolutnie nie kłamała, co do tego, że dziadek lubi miecze, sama też je uwielbiała. Mimo tego, że były absolutnie nieprzydatne we współczesnych czasach, kiedy różdżka umożliwiała znacznie więcej. I po części stąd zadała kolejne pytanie:
- Macie może jakieś wyroby do zaprezentowania potencjalnym klientom, czy nie transportowaliście ich i dopiero zaczniecie produkcję od zera, gdy... Dagnar, dobrze zapamiętałam? Napali w piecu? - zapytała. Nie uszło jej uwadze, że Hjalmar podkreśla, że kuźnia należy do Dagnara, on podejmie decyzję i on jest tutaj mistrzem. Na razie jednak za tą konkluzją nie szły żadne dalsze przemyślenia, bo mogło to oznaczać wszystko i nic.
Przysunęła nieco bliżej zaserwowaną jej herbatę, choć na razie się nie napisała - być może z obawy, że napój będzie nazbyt gorący.
- Prorok Codzienny. Reklama w nim jest dość kosztowna, ale ten dziennik prenumeruje większość czarodziejskich rodzin, więc to mógłby być dobry pomysł - stwierdziła z pewnym namysłem. Gdzie mogli zareklamować się kowale i twórcy biżuterii? Czy powinna zaproponować drobną przysługę nowym sąsiadom i zaoferować reklamę w sklepie Potterów, skoro robili i biżuterię? Zrezygnowała z tego jednak: oni mogliby wietrzyć tu podstęp, a ona nie znała jakości ich usług. - Poza tym warto rozważyć ulotki na Pokątnej, tablica ogłoszeń lub jeśli udałoby się je zostawić w czyimś sklepie. To najbardziej znane miejsce w magicznej Anglii. A, nie zapuszczajcie się przypadkiem na Nokturna, to nie jest ulica przyjazna przybyszom i wątpię, żeby znalazło się tam wielu chętnych na legalne zakupy. Można też spróbować w Hogsmeade, nie pamiętam, żeby mieli tam własnego kowala: to największe miasteczko zamieszkane w pełni przez czarodziejów. Sporo naszych jest w Little Hangleton, ale to teren Flitwicków właśnie, a że mają goblińskie korzenie, kto wie, jakby zareagowali na wasze reklamy tam - stwierdziła, a że on darował sobie panią, ona odruchowo również zwróciła się do niego po prostu na ty.
Wsunęła do ust resztę pączka i otarła twarz wierzchem dłoni, a potem posłała mu promienny uśmiech.
- Mnie – odparła na pytanie odnośnie tego, kogo tutaj należałoby się obawiać. – Podobno potrafię zagadać człowieka na śmierć. I mam talent do namawiania do robienia rzeczy absolutnie nieodpowiedzialnych. Teraz jeszcze trochę się hamuję, bo nie wypada zostawić po sobie trupa sąsiada, któremu zwiędły uszy na dodatek – stwierdziła. Może nie wyłapała, że Hjalmar brał najwyraźniej niektóre żarty na poważnie, a może tylko ciężko było jej zmienić zwyczajowy sposób wysławiania się. – A tak naprawdę, to faktycznie raczej spokojna okolica. Dosłownie roi się tutaj też od aurorów oraz Brygadzistów, więc czarnoksiężnicy raczej nie osiedlają się tu bardzo chętnie… albo dobrze się maskują – wyjaśniła, nie nadmieniając na razie, że pośród aurorów w okolicy są jej wuj i kuzynka, a wśród Brygadzistów ona, jej brat i jej ojciec. Przez ułamek sekundy rozważała, czy nie ostrzec go przez Leoną Bagshot, ale jeszcze wyszedłby z tego jakiś ambaras. – Lepiej też nie podpadać nadmiernie Greengrassom, jeśli nie chce się, żeby człowieka udusiło jakieś drzewo. I z tym mówię poważnie, są właścicielami Kniei Godryka, a tam człowiek nigdy nie wie, na co się natknie. Ale to porządna rodzina.
Zresztą, chociaż absolutnie nie kłamała, co do tego, że dziadek lubi miecze, sama też je uwielbiała. Mimo tego, że były absolutnie nieprzydatne we współczesnych czasach, kiedy różdżka umożliwiała znacznie więcej. I po części stąd zadała kolejne pytanie:
- Macie może jakieś wyroby do zaprezentowania potencjalnym klientom, czy nie transportowaliście ich i dopiero zaczniecie produkcję od zera, gdy... Dagnar, dobrze zapamiętałam? Napali w piecu? - zapytała. Nie uszło jej uwadze, że Hjalmar podkreśla, że kuźnia należy do Dagnara, on podejmie decyzję i on jest tutaj mistrzem. Na razie jednak za tą konkluzją nie szły żadne dalsze przemyślenia, bo mogło to oznaczać wszystko i nic.
Przysunęła nieco bliżej zaserwowaną jej herbatę, choć na razie się nie napisała - być może z obawy, że napój będzie nazbyt gorący.
- Prorok Codzienny. Reklama w nim jest dość kosztowna, ale ten dziennik prenumeruje większość czarodziejskich rodzin, więc to mógłby być dobry pomysł - stwierdziła z pewnym namysłem. Gdzie mogli zareklamować się kowale i twórcy biżuterii? Czy powinna zaproponować drobną przysługę nowym sąsiadom i zaoferować reklamę w sklepie Potterów, skoro robili i biżuterię? Zrezygnowała z tego jednak: oni mogliby wietrzyć tu podstęp, a ona nie znała jakości ich usług. - Poza tym warto rozważyć ulotki na Pokątnej, tablica ogłoszeń lub jeśli udałoby się je zostawić w czyimś sklepie. To najbardziej znane miejsce w magicznej Anglii. A, nie zapuszczajcie się przypadkiem na Nokturna, to nie jest ulica przyjazna przybyszom i wątpię, żeby znalazło się tam wielu chętnych na legalne zakupy. Można też spróbować w Hogsmeade, nie pamiętam, żeby mieli tam własnego kowala: to największe miasteczko zamieszkane w pełni przez czarodziejów. Sporo naszych jest w Little Hangleton, ale to teren Flitwicków właśnie, a że mają goblińskie korzenie, kto wie, jakby zareagowali na wasze reklamy tam - stwierdziła, a że on darował sobie panią, ona odruchowo również zwróciła się do niego po prostu na ty.
Wsunęła do ust resztę pączka i otarła twarz wierzchem dłoni, a potem posłała mu promienny uśmiech.
- Mnie – odparła na pytanie odnośnie tego, kogo tutaj należałoby się obawiać. – Podobno potrafię zagadać człowieka na śmierć. I mam talent do namawiania do robienia rzeczy absolutnie nieodpowiedzialnych. Teraz jeszcze trochę się hamuję, bo nie wypada zostawić po sobie trupa sąsiada, któremu zwiędły uszy na dodatek – stwierdziła. Może nie wyłapała, że Hjalmar brał najwyraźniej niektóre żarty na poważnie, a może tylko ciężko było jej zmienić zwyczajowy sposób wysławiania się. – A tak naprawdę, to faktycznie raczej spokojna okolica. Dosłownie roi się tutaj też od aurorów oraz Brygadzistów, więc czarnoksiężnicy raczej nie osiedlają się tu bardzo chętnie… albo dobrze się maskują – wyjaśniła, nie nadmieniając na razie, że pośród aurorów w okolicy są jej wuj i kuzynka, a wśród Brygadzistów ona, jej brat i jej ojciec. Przez ułamek sekundy rozważała, czy nie ostrzec go przez Leoną Bagshot, ale jeszcze wyszedłby z tego jakiś ambaras. – Lepiej też nie podpadać nadmiernie Greengrassom, jeśli nie chce się, żeby człowieka udusiło jakieś drzewo. I z tym mówię poważnie, są właścicielami Kniei Godryka, a tam człowiek nigdy nie wie, na co się natknie. Ale to porządna rodzina.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.