20.04.2023, 19:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2023, 19:29 przez Brenna Longbottom.)
Sama Brenna, po prawdzie, nie szalała za goblinami. Nie żywiła do nich urazu, ale mentalność ludzi i goblinów różniła się tak bardzo, że miała nieodparte wrażenie, że handel z nimi nie stanowi najlepszego pomysłu. Pewien goblin domagał się już kiedyś zwrotu miecza Gryffindora – który, Brenna była pewna, za wyrób zapłacił uczciwą cenę, a w dodatku spowijające go zaklęcia nie były dziełem goblinów.
- Szkoda – skwitowała brak mieczy, chociaż pewnie i dobrze, inaczej byłaby pewnie gotowa zadręczać nowego sąsiada, żeby jakieś jej pokazał. A kto wie, czy zaraz nie wyciągnęłaby sakiewki, by jakiś kupić, a obiecała przecież bratu, że w kwietniu ograniczy nieco wydatki na skutek ogromnej ilości pieniędzy, jaką zostawiła w schronisku. – Dagur Nordgersim. Zapamiętam – obiecała. - Rozumiem, że to ojciec?
Z pewną ciekawością przyjęła, że zapisał uwagi. Albo potraktował je bardzo poważnie, albo był metodyczny – kiedy prowadziła jakieś śledztwa, też w jej dłoni notatnik pojawiał się z szybkością światła. Dostrzegła i to, że na liście znalazło się jej własne imię i kąciki ust zadrgały kobiecie mimowolnie, wobec odnotowania jej skromnej osoby jako zagrożenia.
- Teraz, tak naprawdę, to już raczej rodzina czarodziei. Żyją według naszych zasad. Po paru pokoleniach po goblinach pozostał im głównie niewysoki wzrost… i trochę sekretów kowalstwa oraz nadmierna skrytość – powiedziała zgodnie z prawdą. Ten uśmiech i wspomnienie o tym, że ojciec „ucieszy się” sprawiły, że wolała to podkreślić. W duchu bardzo cieszyła się, że w Dolinie w pobliżu nie ma ani jednej rodziny goblinów, bo mogłoby tu dojść chyba do konfliktu.
- Czy ja wiem? Jestem raczej absolutnie przeciętną osobą. Ale czasem mówię trochę za dużo. No dobrze, praktycznie zawsze mówię trochę za dużo. To może zanudzić człowieka – stwierdziła. Uniosła filiżankę do ust, wciągnęła najpierw zapach herbaty, a potem posmakowała odrobinę nim odstawiła kubek z powrotem na blat. – O nie, wcale nie. W okolicy mieszka kilka osób z malutkich rodzin albo pojedynczych osób i pracują w różnych miejscach, ale większość rodów prowadzi rodzinne interesy. Abbottowie na przykład mają bardzo rozległe sady i produkują wina oraz cydr. Uważajcie tylko w ich sadzie, drzewa potrafią tam dać komuś w tyłek gałęzią, jeżeli uznają kogoś za podejrzanego. Sproutowie to mistrzowie zielarstwa, w okolicy są ich szklarnie, z zewnątrz wyglądają niepozornie, ale w środku… Znajdzie się tam prawie wszystko. Greengrassowie trudnią się różnymi zawodami, ale część z nich skupia się na botanice. Lovegoodowie są… specyficzni i parają się przeróżnymi rzeczami, jest tu na przykład malarz czy pisarz. Bagshotowie mają sklep z artykułami papierniczymi, jedna z nich to aurorka, ale mają też historyczkę czy twórcę myślodsiewni. A moja kuzynka skończyła niedawno kursy uzdrowicielskie – wyliczyła Brenna, przy okazji dając pokaz temu, że owszem, czasem mówi trochę za dużo.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy zapytał o Hogwart. Jak tam jest? Było to pytanie, na które ciężko było odpowiedzieć… i łatwo zarazem. Łatwo - bo większość z nich wynosiło wobec Hogwartu ogromny sentyment (chyba że naprawdę ktoś nie dogadywał się z rówieśnikami). Ciężko - bo było tak wiele rzeczy do opowiedzenia, że Brenna nie miała pojęcia, od czego mogłaby zacząć.
- Absolutnie magicznie. To ogromny zamek, położony nad brzegiem jeziora. Masa wieżyczek. Mieszkałam w jednej z nich. Ogromne podziemia, ruchome schody, które kochają płatać figle, duchy odkręcające kurki w łazienkach, najlepsze uczty na świecie, tajemne przejścia i poltergeist, rzucający w uczniów jedzeniem. Przestałam się gubić w Hogwarcie dopiero po trzech latach. Jeżeli odwiedzicie Hogsmeade, po krótkim spacerze można go z daleka zobaczyć. Wy chodziliście do Durmstrangu? Słyszałam, że leży w jakichś chłodnych rejonach. I że ćwiczy się tam więcej niż w Hogwarcie. U nas właściwie tylko na pierwszym roku mieliśmy naukę latania na miotłach.
- Szkoda – skwitowała brak mieczy, chociaż pewnie i dobrze, inaczej byłaby pewnie gotowa zadręczać nowego sąsiada, żeby jakieś jej pokazał. A kto wie, czy zaraz nie wyciągnęłaby sakiewki, by jakiś kupić, a obiecała przecież bratu, że w kwietniu ograniczy nieco wydatki na skutek ogromnej ilości pieniędzy, jaką zostawiła w schronisku. – Dagur Nordgersim. Zapamiętam – obiecała. - Rozumiem, że to ojciec?
Z pewną ciekawością przyjęła, że zapisał uwagi. Albo potraktował je bardzo poważnie, albo był metodyczny – kiedy prowadziła jakieś śledztwa, też w jej dłoni notatnik pojawiał się z szybkością światła. Dostrzegła i to, że na liście znalazło się jej własne imię i kąciki ust zadrgały kobiecie mimowolnie, wobec odnotowania jej skromnej osoby jako zagrożenia.
- Teraz, tak naprawdę, to już raczej rodzina czarodziei. Żyją według naszych zasad. Po paru pokoleniach po goblinach pozostał im głównie niewysoki wzrost… i trochę sekretów kowalstwa oraz nadmierna skrytość – powiedziała zgodnie z prawdą. Ten uśmiech i wspomnienie o tym, że ojciec „ucieszy się” sprawiły, że wolała to podkreślić. W duchu bardzo cieszyła się, że w Dolinie w pobliżu nie ma ani jednej rodziny goblinów, bo mogłoby tu dojść chyba do konfliktu.
- Czy ja wiem? Jestem raczej absolutnie przeciętną osobą. Ale czasem mówię trochę za dużo. No dobrze, praktycznie zawsze mówię trochę za dużo. To może zanudzić człowieka – stwierdziła. Uniosła filiżankę do ust, wciągnęła najpierw zapach herbaty, a potem posmakowała odrobinę nim odstawiła kubek z powrotem na blat. – O nie, wcale nie. W okolicy mieszka kilka osób z malutkich rodzin albo pojedynczych osób i pracują w różnych miejscach, ale większość rodów prowadzi rodzinne interesy. Abbottowie na przykład mają bardzo rozległe sady i produkują wina oraz cydr. Uważajcie tylko w ich sadzie, drzewa potrafią tam dać komuś w tyłek gałęzią, jeżeli uznają kogoś za podejrzanego. Sproutowie to mistrzowie zielarstwa, w okolicy są ich szklarnie, z zewnątrz wyglądają niepozornie, ale w środku… Znajdzie się tam prawie wszystko. Greengrassowie trudnią się różnymi zawodami, ale część z nich skupia się na botanice. Lovegoodowie są… specyficzni i parają się przeróżnymi rzeczami, jest tu na przykład malarz czy pisarz. Bagshotowie mają sklep z artykułami papierniczymi, jedna z nich to aurorka, ale mają też historyczkę czy twórcę myślodsiewni. A moja kuzynka skończyła niedawno kursy uzdrowicielskie – wyliczyła Brenna, przy okazji dając pokaz temu, że owszem, czasem mówi trochę za dużo.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy zapytał o Hogwart. Jak tam jest? Było to pytanie, na które ciężko było odpowiedzieć… i łatwo zarazem. Łatwo - bo większość z nich wynosiło wobec Hogwartu ogromny sentyment (chyba że naprawdę ktoś nie dogadywał się z rówieśnikami). Ciężko - bo było tak wiele rzeczy do opowiedzenia, że Brenna nie miała pojęcia, od czego mogłaby zacząć.
- Absolutnie magicznie. To ogromny zamek, położony nad brzegiem jeziora. Masa wieżyczek. Mieszkałam w jednej z nich. Ogromne podziemia, ruchome schody, które kochają płatać figle, duchy odkręcające kurki w łazienkach, najlepsze uczty na świecie, tajemne przejścia i poltergeist, rzucający w uczniów jedzeniem. Przestałam się gubić w Hogwarcie dopiero po trzech latach. Jeżeli odwiedzicie Hogsmeade, po krótkim spacerze można go z daleka zobaczyć. Wy chodziliście do Durmstrangu? Słyszałam, że leży w jakichś chłodnych rejonach. I że ćwiczy się tam więcej niż w Hogwarcie. U nas właściwie tylko na pierwszym roku mieliśmy naukę latania na miotłach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.