22.04.2023, 02:59 ✶
W ciszy obserwował, jak łowczyni przygląda się dymiącemu papierosowi. Drapieżny, zdradliwy żar mienił się w nim niepokojąco jasno, po cichu wyżerał jego wnętrzności, topił je na bezkształtny proch. Poczuł ukłucie nagłego lęku, który wraz z upływem czasu tylko narastał.
- Jestem. - Nie zamierzał się cofać.
Strach go nie opuszczał, kiedy patrzył, jak blondynka wybiera miejsce ataku. W napięciu śledził każde drgnięcie jej nadgarstka i każdą, najmniejszą zmianę na jej twarzy. Pełnię swojej nafuranej uwagi poświęcał przewidywaniu jej kolejnego ruchu, jakby sama wiedza o tym, kiedy i gdzie poczuje ból, miała go przed nim uratować... ale on przecież nie chciał ratunku. On chciał delektować się świadomością, że ratunek nie nadejdzie. I faktycznie nie nadszedł.
To było takie... wyzwalające. Gdy nareszcie to zrobiła, wiedział doskonale gdzie i jak go dotknie. Wyczytał to z niej poprawnie i czerpał z tego faktu zaskakująco dużo satysfakcji, ale nie więcej niż z tego, że przyjął wszystko, co postanowiła mu dać - w momencie największego bólu, miast się odsuwać, zbliżył się do niej.
Po wszystkim chwilę trzymał dłoń na piersi, zimnymi palcami naciskając wokół brzegów świeżej rany. Nabrał kilka ciężkich oddechów - bolało znacznie bardziej, niż na ręce, ale przecież nie po to dawał się sponiewierać garborogom tyle razy, żeby teraz popłakać się od poparzenia wielkości pierdolonego dinara.
Nagle usłyszał jej głos i spojrzał na nią zdezorientowany. Nie był pewny, jak może zareagować, na co może sobie pozwolić. Ostatecznie jednak wyciągnał wolną rękę po jej dłoń i delikatnie przesunął ją w kierunku swojego krocza.
- Chyba... chyba będziesz w stanie sprawdzić sama. Mimo warstw.
Ciężko mu było się otrząsnąć z jakiegoś bojaźliwego szacunku, który teraz do niej czuł.
Musiał przyznać, że nie spodziewał się, że Geraldine okaże się taka skrupulatna w zadawaniu mu bólu. Był to dla niego zupełnie nowy rodzaj uwagi, który mógł od kogoś otrzymywać. Potrzebował czasu, żeby się do niego przyzwyczaić.
- No, pora na kreskę - oznajmił, siląc się na swawolność - Jeśli byś miała ochotę?
Nie mógł się powstrzymać przed tym chwiejnym zapytaniem jej o zdanie.
- Jestem. - Nie zamierzał się cofać.
Strach go nie opuszczał, kiedy patrzył, jak blondynka wybiera miejsce ataku. W napięciu śledził każde drgnięcie jej nadgarstka i każdą, najmniejszą zmianę na jej twarzy. Pełnię swojej nafuranej uwagi poświęcał przewidywaniu jej kolejnego ruchu, jakby sama wiedza o tym, kiedy i gdzie poczuje ból, miała go przed nim uratować... ale on przecież nie chciał ratunku. On chciał delektować się świadomością, że ratunek nie nadejdzie. I faktycznie nie nadszedł.
To było takie... wyzwalające. Gdy nareszcie to zrobiła, wiedział doskonale gdzie i jak go dotknie. Wyczytał to z niej poprawnie i czerpał z tego faktu zaskakująco dużo satysfakcji, ale nie więcej niż z tego, że przyjął wszystko, co postanowiła mu dać - w momencie największego bólu, miast się odsuwać, zbliżył się do niej.
Po wszystkim chwilę trzymał dłoń na piersi, zimnymi palcami naciskając wokół brzegów świeżej rany. Nabrał kilka ciężkich oddechów - bolało znacznie bardziej, niż na ręce, ale przecież nie po to dawał się sponiewierać garborogom tyle razy, żeby teraz popłakać się od poparzenia wielkości pierdolonego dinara.
Nagle usłyszał jej głos i spojrzał na nią zdezorientowany. Nie był pewny, jak może zareagować, na co może sobie pozwolić. Ostatecznie jednak wyciągnał wolną rękę po jej dłoń i delikatnie przesunął ją w kierunku swojego krocza.
- Chyba... chyba będziesz w stanie sprawdzić sama. Mimo warstw.
Ciężko mu było się otrząsnąć z jakiegoś bojaźliwego szacunku, który teraz do niej czuł.
Musiał przyznać, że nie spodziewał się, że Geraldine okaże się taka skrupulatna w zadawaniu mu bólu. Był to dla niego zupełnie nowy rodzaj uwagi, który mógł od kogoś otrzymywać. Potrzebował czasu, żeby się do niego przyzwyczaić.
- No, pora na kreskę - oznajmił, siląc się na swawolność - Jeśli byś miała ochotę?
Nie mógł się powstrzymać przed tym chwiejnym zapytaniem jej o zdanie.