23.04.2023, 18:37 ✶
Dobrą minutę trwał w bezruchu, patrząc smętnie w miejsce, z którego przed chwilą odsunęła się dłoń kobiety. Zatonął w myślach, próbował w ciszy przetrawić swój szok. Nie wierzył, że będzie taki, że będzie kimś takim. Czuł się... upokorzony? Nie potrafił zdusić erekcji; zupełnie stracił kontrolę nad własnym ciałem.
Stanął teraz przed kardynalnej wagi decyzją. Mógł zignorować to, co sie właśnie wydarzyło, i zachować resztki godności lub mógł przyznać się przed sobą do wszystkiego i zaakceptować to jako część swojej osobowości. Druga opcja otwierała perspektywy na więcej, znacznie więcej przyjemności, ale nie chciał rozstawać się z szacunkiem do siebie, jeśli jeszcze jakiś mu pozostał.
Odchrząknał.
- To jest... To jest jebany zapas na miesiąc, nie potrzebujemy niczego więcej. - Wymagało to dobrej chwili i jednej nieudanej próby, ale ostatecznie udało mu się wskoczyć w rolę. Znów był odważny, szczery i dominujący. - Ale cieszę się, że się ze mną zgadzasz.
Uśmiechnął się swawolnie i zsunął z siebie koc. Poszedł zająć się białym.
Kiedy stał za ladą i, w rozpiętej koszuli, dorzucał do mielącego moździerza po jednym ścinku, chichotał głupio pod nosem. Czuł się coraz gorzej.
Dotknął ręką piersi, przesunął palcami po oparzeniu. Ciągle bolało, nie mógł o nim zapomnieć nawet na moment. Mruczał coś pod nosem, łowczyni nie była w stanie wyłapać z tego nic poza "popus mi kurac".
No, ale usypał. Ostatecznie usypał. Dwa granulowane węże boa grzecznie warowały pośrodku talerzyka, banknot - obok nich.
- Kurwa, jak nas to nie zabije - rzucił, skinieniem głowy zapraszając ją do siebie.
Chciał więcej.
- I powiedz, jakie to było uczucie. Dla ciebie. No dawaj.
Bo przecież co będzie, jak jej o tym powie, a ona odmówi? Albo będzie się śmiać?
Stanął teraz przed kardynalnej wagi decyzją. Mógł zignorować to, co sie właśnie wydarzyło, i zachować resztki godności lub mógł przyznać się przed sobą do wszystkiego i zaakceptować to jako część swojej osobowości. Druga opcja otwierała perspektywy na więcej, znacznie więcej przyjemności, ale nie chciał rozstawać się z szacunkiem do siebie, jeśli jeszcze jakiś mu pozostał.
Odchrząknał.
- To jest... To jest jebany zapas na miesiąc, nie potrzebujemy niczego więcej. - Wymagało to dobrej chwili i jednej nieudanej próby, ale ostatecznie udało mu się wskoczyć w rolę. Znów był odważny, szczery i dominujący. - Ale cieszę się, że się ze mną zgadzasz.
Uśmiechnął się swawolnie i zsunął z siebie koc. Poszedł zająć się białym.
Kiedy stał za ladą i, w rozpiętej koszuli, dorzucał do mielącego moździerza po jednym ścinku, chichotał głupio pod nosem. Czuł się coraz gorzej.
Dotknął ręką piersi, przesunął palcami po oparzeniu. Ciągle bolało, nie mógł o nim zapomnieć nawet na moment. Mruczał coś pod nosem, łowczyni nie była w stanie wyłapać z tego nic poza "popus mi kurac".
No, ale usypał. Ostatecznie usypał. Dwa granulowane węże boa grzecznie warowały pośrodku talerzyka, banknot - obok nich.
- Kurwa, jak nas to nie zabije - rzucił, skinieniem głowy zapraszając ją do siebie.
Chciał więcej.
- I powiedz, jakie to było uczucie. Dla ciebie. No dawaj.
Bo przecież co będzie, jak jej o tym powie, a ona odmówi? Albo będzie się śmiać?