Strumień wody stworzony przez Heather obmył rozpalone ciało kapłana, a ten, chociaż zachłysnął się wodą i nie wydawał się być szczególnie szczęśliwy z powodu bycia kompletnie przemoczonym, uśmiechnął się do ciebie w podzięce. Widać po nim było, że nie jest złym człowiekiem, co najwyżej zagubionym (i niewątpliwie pechowym). Nie chciał nikogo skrzywdzić, ale klątwa była w tym przypadku bezwzględna i nie znała takiego słowa jak wyrozumiałość.
Wzniesiona tarcza nie ochroniła cię przed niczym. W waszym kierunku nie pomknęło żadne zaklęcie. Towarzyszący ci mężczyzna, po odkaszlnięciu sporej ilości wody i wspomnianym wcześniej, porozumiewawczym spojrzeniu, wyglądał na skołowanego. Śmierciożerca przed chwilą groził wam śmiercią, wzniósł nawet nad waszymi głowami tę dziwaczną, szarą mgłę, ale nie wykonał kolejnego ataku.
Spoglądał jak świetlisty patronus Longbottoma biegnie w kierunku tej obrzydliwej ciemności, próbując przełamać czarnomagiczne zaklęcie, ale mu się to nie udaje. Okropna, czarna masa wciąż tam była – wisiała nad waszymi głowami i przerażała. Cokolwiek ze sobą niosła, cokolwiek o niej wiedzieliście, wzbudzała w was przerażenie. Śmierciożerca zaczął się śmiać, jego rechot poniósł się po okolicy, wy jednak mogliście w tym właśnie patronusie dostrzec iskrę nadziei. Longbottom nie był człowiekiem o całkowicie czystej duszy, ale ten widok i tak sprawił, że nie czuliście w tej scenie swojego końca. Towarzyszący biegnącej suce sokół, który wyleciał z jasnej poświaty wyczarowanej przez Rookwooda towarzyszył jej w tym biegu. Również nie tak jasny jak mógłby być, ale trwały, będący odzwierciedleniem drzemiącego w tobie dobra, spróbował powstrzymać wiszące nad wami widmo grozy przed mąceniem wam w głowach.
Maledis zadrżał. Kilka razy rozjaśnił się tak, jak pochmurne niebo przeszyte błyskawicą. Nawet jeżeli żaden z nich nie potrafił zniszczyć Maledisa osobno, wspólnie osłabiły jego działanie.
Ta walka jeszcze trwała.
Śmierciożerca, stojący w dużej odległości od was, był już przez was widoczny. Ujawnił wam go silny podmuch wiatru, stworzony przez inną z walczących grup. Na moment musieliście zasłonić oczy i usta, żeby nie nawdychać się odlatującego pyłu, a potem go zobaczyliście. Tego, który wcześniej tak żywo rechotał. Nie mogliście zobaczyć jego miny zza maski Śmierciożercy, ale jego postawa świadczyła o wysokim zdenerwowaniu.
Uniósł w górę dłoń trzymającą różdżkę, machnął nią i spróbował wystrzelić w was trzy ogniste pociski (kształtowanie).
Później wykonał szybki ruch dłonią, z dołu do góry, aby podnieść leżące na ziemi kamienie i piach, a następnie rzucić nimi Erikowi i Charlesowi w twarze, uznając ich dwójkę za większe zagrożenie, niż początkowo zakładał (translokacja).
Wzniesiona tarcza nie ochroniła cię przed niczym. W waszym kierunku nie pomknęło żadne zaklęcie. Towarzyszący ci mężczyzna, po odkaszlnięciu sporej ilości wody i wspomnianym wcześniej, porozumiewawczym spojrzeniu, wyglądał na skołowanego. Śmierciożerca przed chwilą groził wam śmiercią, wzniósł nawet nad waszymi głowami tę dziwaczną, szarą mgłę, ale nie wykonał kolejnego ataku.
Spoglądał jak świetlisty patronus Longbottoma biegnie w kierunku tej obrzydliwej ciemności, próbując przełamać czarnomagiczne zaklęcie, ale mu się to nie udaje. Okropna, czarna masa wciąż tam była – wisiała nad waszymi głowami i przerażała. Cokolwiek ze sobą niosła, cokolwiek o niej wiedzieliście, wzbudzała w was przerażenie. Śmierciożerca zaczął się śmiać, jego rechot poniósł się po okolicy, wy jednak mogliście w tym właśnie patronusie dostrzec iskrę nadziei. Longbottom nie był człowiekiem o całkowicie czystej duszy, ale ten widok i tak sprawił, że nie czuliście w tej scenie swojego końca. Towarzyszący biegnącej suce sokół, który wyleciał z jasnej poświaty wyczarowanej przez Rookwooda towarzyszył jej w tym biegu. Również nie tak jasny jak mógłby być, ale trwały, będący odzwierciedleniem drzemiącego w tobie dobra, spróbował powstrzymać wiszące nad wami widmo grozy przed mąceniem wam w głowach.
Maledis zadrżał. Kilka razy rozjaśnił się tak, jak pochmurne niebo przeszyte błyskawicą. Nawet jeżeli żaden z nich nie potrafił zniszczyć Maledisa osobno, wspólnie osłabiły jego działanie.
Ta walka jeszcze trwała.
Śmierciożerca, stojący w dużej odległości od was, był już przez was widoczny. Ujawnił wam go silny podmuch wiatru, stworzony przez inną z walczących grup. Na moment musieliście zasłonić oczy i usta, żeby nie nawdychać się odlatującego pyłu, a potem go zobaczyliście. Tego, który wcześniej tak żywo rechotał. Nie mogliście zobaczyć jego miny zza maski Śmierciożercy, ale jego postawa świadczyła o wysokim zdenerwowaniu.
Uniósł w górę dłoń trzymającą różdżkę, machnął nią i spróbował wystrzelić w was trzy ogniste pociski (kształtowanie).
Rzut Z 1d100 - 80
Sukces!
Sukces!
Później wykonał szybki ruch dłonią, z dołu do góry, aby podnieść leżące na ziemi kamienie i piach, a następnie rzucić nimi Erikowi i Charlesowi w twarze, uznając ich dwójkę za większe zagrożenie, niż początkowo zakładał (translokacja).
Rzut Z 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
26.04