28.10.2022, 22:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2022, 22:50 przez Florence Bulstrode.)
Florence Bulstrode miała za sobą dość typowy dzień w Mungu. Odczarowała dziecko, któremu wyrosły skrzydła, naprawiła przerośnięty nos pewnemu szemranemu czarodziejowi, przeszła się po oddziale. Stała się świadkiem gorącej kłótni dwóch stażystów o Ministra Magii, której szybko położyła kres, znajdując im zajęcie - i łącząc ich w gorącej nienawiści wobec jej osoby, przysłaniającej różnicę zdań na temat Nobby'ego Leacha, zmagającego się z tajemniczą chorobą…
Jak na to, co wyprawiało się tutaj od czasu do czasu, było stosunkowo spokojnie.
Przysiadła nawet na przerwę, z filiżanką herbaty w dłoni. Kasztanowe włosy, jak zwykle w pracy, związała w bardzo ciasny kok z tyłu głowy, pomagając sobie przy tym magią, aby przypadkiem nie wyzwolił się z uścisku. Blada, tu i ówdzie usiana piegami twarz nie nosiła śladów makijażu. W szacie uzdrowiciela - żółto zielonej - nie wyglądała zbyt korzystnie, bo żółć nigdy nie była jej kolorem, ale też pacjentów zwykle bardziej interesowało to, na ile sprawnie macha różdżką, nie jak wygląda.
- Pani Bulstrode? - Jeden ze stażystów, którego wysłała do niewdzięcznej roboty, jaką było selekcjonowanie eliksirów, zajrzał do środka. Sądząc po spojrzeniu, jakie jej posłał, miał ochotę powiedzieć raczej "ty cholero". - Ktoś z Ministerstwa, oberwał chyba klątwą...
- Jak miło. BUM? Auror? Ktoś, kto ma tu już własne łóżko?
- Eee...
Widać chłopak nie zdążył jeszcze się przekonać, że niektórzy pracownicy Brygady Uderzeniowej oraz Biura Aurorów dosłownie mieli przypisane sobie łóżka. Tak często tu trafiali.
- No nic, przekonamy się - parsknęła, odkładając filiżankę i pospiesznie przechodząc do pomieszczenia, w którym przyjmowała pacjentów. Była obecnie jedyną klątwołamaczką na dyżurze, więc i nic dziwnego, że trafił do niej.
Gdy drzwi się otworzyły, stanęły w nich dwie znajome osoby - jedną znała już od wielu lat, jeszcze z Hogwartu. Drugą twarz też mgliście kojarzyła: miała nieodparte wrażenie, że zdejmowała z niego jakąś klątwę ledwo w zeszłym tygodniu...
Przebiegła wzrokiem po sylwetce rannego, na dłużej zatrzymując wzrok na kolanach (czy raczej ich braku) oraz na głowie. I nieomal od razu odnotowując sobie, czym takim mógł oberwać.
No proszę, czegoś takiego od dawna nie widziała!
- Patrick! - przywitała się, posyłając Stewardowi niemalże radosny uśmiech. - Ależ piękny przypadek mi tutaj przyprowadziłeś. Kolana zamienione w gumę, prawda? Oj, tu się nie obejdzie bez nocy w szpitalu, trzeba będzie zaaplikować eliksir. Zapraszamy tutaj z panem Stanleyem, chwilowo na leżankę... Tommy! Tommy, buteleczkę Szkiele - Wzro proszę! - zawołała, wychylając się z sali i pozwalając przy okazji wyminąć biednemu Patrickowi. Stanley swoje ważył, więc nic dziwnego, że chciał pozbyć się ciążaru.
Obróciła się z powrotem do pacjenta. Wyciągnęła różdżkę i jednym jej machnięciem wyleczyła ranę na głowie. To była ta łatwa część pracy.
- Jesteśmy pewni, że chcemy leczyć ten język? - upewniła się, co wywołało coś, co brzmiało jak "Ugrhrhr", ale sądząc po minie, miało z pewnością wyrażać oburzenie. - No już, już, pamiętam, że ledwo tydzień temu mnie tu odwiedzałeś, chyba też z powodu Nobby'ego Leacha... A ty Patrick? Jeszcze z nikim się o niego nie poobiłeś?
Pochyliła się przy tym nad pacjentem, cmokając z niezadowoleniem i obmacując mu szczękę, by upewnić się, że jedynie splątano mu język, nie pozostawiając żadnych innych efektów ubocznych.
Jak na to, co wyprawiało się tutaj od czasu do czasu, było stosunkowo spokojnie.
Przysiadła nawet na przerwę, z filiżanką herbaty w dłoni. Kasztanowe włosy, jak zwykle w pracy, związała w bardzo ciasny kok z tyłu głowy, pomagając sobie przy tym magią, aby przypadkiem nie wyzwolił się z uścisku. Blada, tu i ówdzie usiana piegami twarz nie nosiła śladów makijażu. W szacie uzdrowiciela - żółto zielonej - nie wyglądała zbyt korzystnie, bo żółć nigdy nie była jej kolorem, ale też pacjentów zwykle bardziej interesowało to, na ile sprawnie macha różdżką, nie jak wygląda.
- Pani Bulstrode? - Jeden ze stażystów, którego wysłała do niewdzięcznej roboty, jaką było selekcjonowanie eliksirów, zajrzał do środka. Sądząc po spojrzeniu, jakie jej posłał, miał ochotę powiedzieć raczej "ty cholero". - Ktoś z Ministerstwa, oberwał chyba klątwą...
- Jak miło. BUM? Auror? Ktoś, kto ma tu już własne łóżko?
- Eee...
Widać chłopak nie zdążył jeszcze się przekonać, że niektórzy pracownicy Brygady Uderzeniowej oraz Biura Aurorów dosłownie mieli przypisane sobie łóżka. Tak często tu trafiali.
- No nic, przekonamy się - parsknęła, odkładając filiżankę i pospiesznie przechodząc do pomieszczenia, w którym przyjmowała pacjentów. Była obecnie jedyną klątwołamaczką na dyżurze, więc i nic dziwnego, że trafił do niej.
Gdy drzwi się otworzyły, stanęły w nich dwie znajome osoby - jedną znała już od wielu lat, jeszcze z Hogwartu. Drugą twarz też mgliście kojarzyła: miała nieodparte wrażenie, że zdejmowała z niego jakąś klątwę ledwo w zeszłym tygodniu...
Przebiegła wzrokiem po sylwetce rannego, na dłużej zatrzymując wzrok na kolanach (czy raczej ich braku) oraz na głowie. I nieomal od razu odnotowując sobie, czym takim mógł oberwać.
No proszę, czegoś takiego od dawna nie widziała!
- Patrick! - przywitała się, posyłając Stewardowi niemalże radosny uśmiech. - Ależ piękny przypadek mi tutaj przyprowadziłeś. Kolana zamienione w gumę, prawda? Oj, tu się nie obejdzie bez nocy w szpitalu, trzeba będzie zaaplikować eliksir. Zapraszamy tutaj z panem Stanleyem, chwilowo na leżankę... Tommy! Tommy, buteleczkę Szkiele - Wzro proszę! - zawołała, wychylając się z sali i pozwalając przy okazji wyminąć biednemu Patrickowi. Stanley swoje ważył, więc nic dziwnego, że chciał pozbyć się ciążaru.
Obróciła się z powrotem do pacjenta. Wyciągnęła różdżkę i jednym jej machnięciem wyleczyła ranę na głowie. To była ta łatwa część pracy.
- Jesteśmy pewni, że chcemy leczyć ten język? - upewniła się, co wywołało coś, co brzmiało jak "Ugrhrhr", ale sądząc po minie, miało z pewnością wyrażać oburzenie. - No już, już, pamiętam, że ledwo tydzień temu mnie tu odwiedzałeś, chyba też z powodu Nobby'ego Leacha... A ty Patrick? Jeszcze z nikim się o niego nie poobiłeś?
Pochyliła się przy tym nad pacjentem, cmokając z niezadowoleniem i obmacując mu szczękę, by upewnić się, że jedynie splątano mu język, nie pozostawiając żadnych innych efektów ubocznych.