24.04.2023, 23:45 ✶
Ulysses wiedział, że skorzysta z oferty Danielle. Nawet nie dlatego, że rzeczywiście będzie potrzebował dodatkowej porcji eliksiru nasennego (od uwarzenia go miał przecież od tego aż dwójkę zaufanych czarodziei), ale by po prostu odezwać się do towarzyszącej mu uzdrowicielki. Przydatny pretekst, dzięki któremu będzie mógł sobie dopowiedzieć, że wcale się jej nie narzuca.
A póki co pozostawało mu ukradkiem spoglądać na jej twarz. Miała śliczny uśmiech, który sprawiał, że robiło mu się cieplej w środku. Słuchał, gdy opowiadała o pracy i rodzinie.
- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że w takim zespole jesteś niezbędna – odpowiedział, nieco przeciągając kolejne wyrazy. W końcu nie było dobrej drużyny bez uzdrowiciela w składzie. Młody Rookwood zmarszczył brwi, wahając się, czy powinien zadać kolejne pytanie. – A z jakiej bajki ty jesteś? – zapytał wreszcie.
I pewnie była to dość płytka ocena, ale jemu wydawało się, że pasowała właściwie do każdej. Nawet do tej, w której on grał główną rolę. Potrafiła zmotywować go do działania. I zmusić do robienia takich rzeczy, których normalnie wcale nie robił.
To przez Danielle zaangażował się w marsz na rzecz praw charłaków. To przez Danielle spróbował teraz jej loda. I to w samym środku parku. Sam nie do końca rozumiał, czemu chciał przy niej przekraczać kolejne granice. Albo inaczej. Rozumiał aż nazbyt dobrze, ale nie chciał się do przyczyny przyznać nawet przed sobą.
Pokiwał potakująco głową. Cóż, ona by go nie okłamała. A on dalej, mimo że był obdarzony ponoć zdumiewającą pamięcią, nie miał zielonego pojęcia jak smakowały te lody malinowe. Za to z niemal fotograficzną dokładnością mógłby opisać kolor jej oczu i migoczące w nich iskierki.
Ulysses wolałby sam zapłacić za naleśniki. Ale wtedy to prawie wyglądałoby tak, jakby to była randka i chociaż nie miałby nic przeciwko temu, żeby to tak wyglądało to… to Danielle mogła mieć.
- Jeśli chcesz – odpowiedział wreszcie. Upił trochę swojej kawy, by zająć czymś usta i zyskać parę cennych sekund, na powiedzenie czegoś jeszcze. Najlepiej na odnalezienie jakiejś błyskotliwej riposty, która sprawiłaby, że zapłaciłby za naleśniki, ale jego towarzyszka nie poczułaby się niezręcznie. I jak zwykle zabrakło mu właściwych słów. – Niewiele. Opisuję. Zwijam. Chowam – opisał. – To właściwie moje hobby. Nic szczególnie przydatnego. Raczej coś, co od zawsze lubiłem robić, co czasem może przynieść jakąś korzyść, ale… - wzruszył ramionami. Ale nie było poważnym zawodem.
Ojciec nigdy nie powiedział mu, że zajmuje się głupotami, ale Ulysses wiedział, że to robił. To było jak coś, czym nie należało się chwalić. Niepoważne hobby. Jeszcze bardziej niepoważne niż rysowanie lub granie na jakimś instrumencie. Prawie pozbawione magii, dla dziwaków, ale on przecież był dziwakiem.
- Nie mam pojęcia, Danielle – przyznał z pewnym zażenowaniem czającym się w matowym głosie. Gdyby był błyskotliwszy, bardziej empatyczny i wiedział czego szukać, może rzeczywiście umiałby odczytać z gwiazd coś o cudzym losie. –Ja… raczej nie próbuję odszukać w nich przeznaczenia. Lubię to, że wydają się niezmienne a jednocześnie są bardzo zmienne choć powtarzalne. Niektóre zjawiska dzieją się tylko raz na kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Lubię mieć świadomość, że mogę je obserwować. Opisać. Oznaczyć. Patrząc w gwieździste niebo nocą, zawsze spoglądamy w przeszłość. Nie wiem jak się to ma do ludzkiego losu, ale... - zająknął się, jakby o czymś usilnie myślał. - Czasami moje obliczenia i wykresy numerologiczne pomagają w pracy archeologicznej.
Ulysses posłał kontrolne spojrzenie na Danielle, jakby sprawdzał, czy jej czasem nie zanudził. Powoli zbliżali się do miejsca, gdzie sprzedawano naleśniki.
A póki co pozostawało mu ukradkiem spoglądać na jej twarz. Miała śliczny uśmiech, który sprawiał, że robiło mu się cieplej w środku. Słuchał, gdy opowiadała o pracy i rodzinie.
- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że w takim zespole jesteś niezbędna – odpowiedział, nieco przeciągając kolejne wyrazy. W końcu nie było dobrej drużyny bez uzdrowiciela w składzie. Młody Rookwood zmarszczył brwi, wahając się, czy powinien zadać kolejne pytanie. – A z jakiej bajki ty jesteś? – zapytał wreszcie.
I pewnie była to dość płytka ocena, ale jemu wydawało się, że pasowała właściwie do każdej. Nawet do tej, w której on grał główną rolę. Potrafiła zmotywować go do działania. I zmusić do robienia takich rzeczy, których normalnie wcale nie robił.
To przez Danielle zaangażował się w marsz na rzecz praw charłaków. To przez Danielle spróbował teraz jej loda. I to w samym środku parku. Sam nie do końca rozumiał, czemu chciał przy niej przekraczać kolejne granice. Albo inaczej. Rozumiał aż nazbyt dobrze, ale nie chciał się do przyczyny przyznać nawet przed sobą.
Pokiwał potakująco głową. Cóż, ona by go nie okłamała. A on dalej, mimo że był obdarzony ponoć zdumiewającą pamięcią, nie miał zielonego pojęcia jak smakowały te lody malinowe. Za to z niemal fotograficzną dokładnością mógłby opisać kolor jej oczu i migoczące w nich iskierki.
Ulysses wolałby sam zapłacić za naleśniki. Ale wtedy to prawie wyglądałoby tak, jakby to była randka i chociaż nie miałby nic przeciwko temu, żeby to tak wyglądało to… to Danielle mogła mieć.
- Jeśli chcesz – odpowiedział wreszcie. Upił trochę swojej kawy, by zająć czymś usta i zyskać parę cennych sekund, na powiedzenie czegoś jeszcze. Najlepiej na odnalezienie jakiejś błyskotliwej riposty, która sprawiłaby, że zapłaciłby za naleśniki, ale jego towarzyszka nie poczułaby się niezręcznie. I jak zwykle zabrakło mu właściwych słów. – Niewiele. Opisuję. Zwijam. Chowam – opisał. – To właściwie moje hobby. Nic szczególnie przydatnego. Raczej coś, co od zawsze lubiłem robić, co czasem może przynieść jakąś korzyść, ale… - wzruszył ramionami. Ale nie było poważnym zawodem.
Ojciec nigdy nie powiedział mu, że zajmuje się głupotami, ale Ulysses wiedział, że to robił. To było jak coś, czym nie należało się chwalić. Niepoważne hobby. Jeszcze bardziej niepoważne niż rysowanie lub granie na jakimś instrumencie. Prawie pozbawione magii, dla dziwaków, ale on przecież był dziwakiem.
- Nie mam pojęcia, Danielle – przyznał z pewnym zażenowaniem czającym się w matowym głosie. Gdyby był błyskotliwszy, bardziej empatyczny i wiedział czego szukać, może rzeczywiście umiałby odczytać z gwiazd coś o cudzym losie. –Ja… raczej nie próbuję odszukać w nich przeznaczenia. Lubię to, że wydają się niezmienne a jednocześnie są bardzo zmienne choć powtarzalne. Niektóre zjawiska dzieją się tylko raz na kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Lubię mieć świadomość, że mogę je obserwować. Opisać. Oznaczyć. Patrząc w gwieździste niebo nocą, zawsze spoglądamy w przeszłość. Nie wiem jak się to ma do ludzkiego losu, ale... - zająknął się, jakby o czymś usilnie myślał. - Czasami moje obliczenia i wykresy numerologiczne pomagają w pracy archeologicznej.
Ulysses posłał kontrolne spojrzenie na Danielle, jakby sprawdzał, czy jej czasem nie zanudził. Powoli zbliżali się do miejsca, gdzie sprzedawano naleśniki.