Roześmiała się w głos. Nie potrafiła nad tym zapanować, co to za festiwal użalania się nad sobą. Nie znosiła stawiać się w takiej sytuacji. Miała wrażenie, że przez to ludzie postrzegają ją jako słabszą, ale pękła. Za dużo się dzisiaj wydarzyło. - Zajebiście wiedzieć, że nie tylko ja jestem tutaj pęknięta. - Dostrzegła to, że próbował ją pocieszyć naprawdę to doceniała, chociaż przenikały ją różne emocje. Nie do końca się w tym wszystkim odnajdywała, nie panowała nad całą sytuacją. - Jak mnie to zawsze wkuriwało. - Nie mogła tego nie skomentować. - Jak na chłopaka, ja znowu byłam zbyt męska, jak na dziewczynę, nie powinnaś biegać z łukiem po lesie, bić się z braćmi, nikt Cię nie zechce, powinnaś znaleźć porządnego męża. Pierdolone farmazony. - Odetchnęła głęboko, nie chciała dalej brnąć w ten temat, bo zdecydowanie jej nie służył.
Gerry podniosła się. Sprawiło jej to lekki problem, bo kiedy unosiła się do góry nogi jej się zachwiały, ale szybko złapała równowagę. Ruszyła w stronę kanapy, zdecydowanie była wygodniejsza od podłogi. - Dobry pomysł. - Odezwała się jeszcze.
Kiedy szła przed siebie zgarnęła jeszcze z ziemi koc, który wcześniej opuściła. Otuliła się nim, bo znowu zaczęło jej się robić chłodno. Legła na kanapie, miała niby wiele energii, ale jednak czuła się dziwnie zmęczona.
Ollivander całkiem szybko znalazł się tuż obok. - Ja pierdole, skończ, to nie pomaga. - Miała świadomość, że próbuje ją skomplementować, jednak był równie delikatny, co ona. - Dobrze, że wiedziałeś, nawet jeśli tylko przez to, to dobrze. - Próbowała jakoś to przetrawić, pogodzić się z tym, że w ten sposób próbował wyrazić swoje zainteresowanie.
- Trochę lepiej Ci idzie. - Nie chciała wchodzić w polemikę na temat tego, że nie jest ładna. Była specyficzna, to było pewne, na pewno nie ładna. - Poczujesz, na pewno poczujesz. - Szczególnie, że już wcześniej dostrzegła, czego potrzebuje. Zamierzała mu to dać, dzisiaj. W końcu obiecała, a Geraldine Yaxley zawsze dotrzymywała słowa.