25.04.2023, 01:33 ✶
Ściółka leśna wcale nie chrzęściła pod stopami, gdy Victoria i Brenna wchodziły do Lasu Wisielców. Sporo było tu mokrego mchu, kalosze które przezornie nałożyły, miękko zapadały się w rozmokłą ziemię. Pomiędzy mchem wiły się konary starych drzew. Oplatały kurczowo głazy, wystawały o tyle by nieuważny spacerowicz z łatwością mógł się o nie potknąć i upaść, by zaraz po tym zniknąć w ubitej ziemi. W powietrzu unosił się zapach zgniłych liści, pomieszany z wonią czegoś ostrzejszego, ale równie nieprzyjemnego.
Ale może chodziło tylko o atmosferę, którą przenikał Las Wisielców. O to, że nie patrząc na porę roku, nigdy nie było w nim tak ciepło i parno, jak powinno być w każdym innym lesie. A może o drzewa, te stare i wysokie, trzeszczące pod wpływem wiatru i w tym trzasku przypominające o czymś złowrogim, co wydarzyło się tutaj kiedyś, wiele lat temu, wiele pokoleń wcześniej a może nawet ciągnęło się i później, aż do niedawna i napełniało to miejsce złowrogą aurą. Albo o rozłożyste paprocie, nieprzycinane nigdy krzaki i młode drzewa, które zgłuszane przez korony wielkich i starych, wiły się cienkie i słabe, mimowolnie przybierające coraz fantastyczniejsze formy. Albo o to, że Brenna i Victoria trochę wiedziały o Lesie Wisielców. A ten nosił swoją makabryczną nazwę z wyraźnej przyczyny. Dawniej był miejscem, które wielu wybierało, by to w nim zakończyć swoje życie. Ale i obecnie zdarzały się jeszcze rzadkie przypadki, gdy pracowników Ministerstwa Magii wysyłano do niego, gdyż ktoś odnalazł w nim wisielca.
Początkowo nic nie przykuwało szczególnej uwagi ani Victorii, ani Brenny. Magia działała tak, jak powinna. Kobiety zagłębiły się między drzewami. A im głębiej wchodziły, tym mniej docierało tu światła. Owszem, nadal widziały na tyle dużo, by nie mieć korzystać z magii, ale panował tu lekki półmrok. Longbottom miała więcej szczęścia, gdyż rozglądając się uważnie dostrzegła wyraźniejsze, jaśniejące przesmyki światła wpadające między drzewa. Wyglądało na to, że znajdowały się najwyżej trzydzieści metrów od jakiejś polany.
Siedząca na miotle Heather dostrzegła lepiej to, czego nie widziała Brenna. Zobaczyła niewielką polanę, z każdej strony osłoniętą drzewami, gęsto porośniętą wysoką trawą, z kilkoma wystającymi z ziemi głazami. Kręciła się po niej czwórka ludzi. Poruszali się powoli, najwidoczniej czegoś szukając. Wood była zbyt wysoko, by dostrzec więcej szczegółów.
Ale może chodziło tylko o atmosferę, którą przenikał Las Wisielców. O to, że nie patrząc na porę roku, nigdy nie było w nim tak ciepło i parno, jak powinno być w każdym innym lesie. A może o drzewa, te stare i wysokie, trzeszczące pod wpływem wiatru i w tym trzasku przypominające o czymś złowrogim, co wydarzyło się tutaj kiedyś, wiele lat temu, wiele pokoleń wcześniej a może nawet ciągnęło się i później, aż do niedawna i napełniało to miejsce złowrogą aurą. Albo o rozłożyste paprocie, nieprzycinane nigdy krzaki i młode drzewa, które zgłuszane przez korony wielkich i starych, wiły się cienkie i słabe, mimowolnie przybierające coraz fantastyczniejsze formy. Albo o to, że Brenna i Victoria trochę wiedziały o Lesie Wisielców. A ten nosił swoją makabryczną nazwę z wyraźnej przyczyny. Dawniej był miejscem, które wielu wybierało, by to w nim zakończyć swoje życie. Ale i obecnie zdarzały się jeszcze rzadkie przypadki, gdy pracowników Ministerstwa Magii wysyłano do niego, gdyż ktoś odnalazł w nim wisielca.
Początkowo nic nie przykuwało szczególnej uwagi ani Victorii, ani Brenny. Magia działała tak, jak powinna. Kobiety zagłębiły się między drzewami. A im głębiej wchodziły, tym mniej docierało tu światła. Owszem, nadal widziały na tyle dużo, by nie mieć korzystać z magii, ale panował tu lekki półmrok. Longbottom miała więcej szczęścia, gdyż rozglądając się uważnie dostrzegła wyraźniejsze, jaśniejące przesmyki światła wpadające między drzewa. Wyglądało na to, że znajdowały się najwyżej trzydzieści metrów od jakiejś polany.
Siedząca na miotle Heather dostrzegła lepiej to, czego nie widziała Brenna. Zobaczyła niewielką polanę, z każdej strony osłoniętą drzewami, gęsto porośniętą wysoką trawą, z kilkoma wystającymi z ziemi głazami. Kręciła się po niej czwórka ludzi. Poruszali się powoli, najwidoczniej czegoś szukając. Wood była zbyt wysoko, by dostrzec więcej szczegółów.