28.10.2022, 23:48 ✶
- Pacyfistą? Nawet tak nie mów. Jeśli wszyscy zostaną pacyfistami, będę musiała zmienić zawód. No, Stanley, skarbeńku, otwieramy buzię. Powiedz ładnie „aaaa”.
Stanley zmierzył ją morderczym spojrzeniem, na co Florence posłała mu uśmiech zadeklarowanej sadystk… znaczy się, oddanej swojej pracy uzdrowicielki. Chcąc nie chcąc otworzył usta, ukazując splątany język, trochę napuchnięty, zwijający się w supeł, ilekroć ofiara klątwy usiłowała coś powiedzieć.
- Przepiękny przypadek. Rzucający zaklęcie był pijany? – spytała, na moment spoglądając na Patricka. Zdawała się promieniować niczym małe słoneczko, jakby taki nietypowy czar sprawiał jej wręcz radość. Może Patric niechcący nie skłamał i faktycznie z zaklęciem było coś nie tak? – Ładnie to tak? Czy pracownicy Ministerstwa nie powinni stać murem za Nobby’m Leachem? Nawiasem mówiąc, do tej pory zastanawiam się, jakim cudem został wybrany. To znaczy wiem, alternatywą był Fortynbras Malfoy, więc lepszy już Nobby, ale jednak…
Stanley znów wydał z siebie dźwięk, jakby koniecznie chciał włączyć się do rozmowy. Ale nie mógł. Florence westchnęła, obrzucając go spojrzeniem.
Tak, ten język należało odplątać. Niestety. Może świat byłby lepszym miejscem, gdyby tego nie zrobiła, ale była uzdrowicielką.
– Teraz uwaga. Zdejmę zaklęcie, ale przez najbliższą godzinę nie powinieneś za wiele się odzywać, bo język może stanąć ci kołkiem – oświadczyła, już z powagą. Po czym machnęła różdżką, wykonując serię skomplikowanych ruchów, i mrucząc zaklęcia pod nosem.
Stanley chrząknął i próbował coś powiedzieć, ale Florence nieomal natychmiast położyła mu dłonie na szczęce, kręcąc głową.
- Nie, nie, nie mówimy za wiele – zapowiedziała, po czym rzuciła kolejne zaklęcie, tym razem na nogi. Nie mogła od tak odtworzyć kości, ale dzięki temu zeszła przynajmniej opuchlizna i siniaki, których się nabawił. Tymczasem drzwi się otworzyły i w drzwiach stanął stażysta, zapewne ów Tommy, który wcześniej został posłany po Szkiele – Wzro. W rękach trzymał pękatą buteleczkę.
- Dwie jednostki, monitoruj efekt – powiedziała, zwracając się do chłopaka, który obserwował ich z niepewną miną. – Potem pana Stanleya trzeba przenieść na salę. Nie będę udawała, Stanley, czeka cię bardzo bolesna i bardzo nieprzyjemna noc, ale za to rano będziesz mógł już chodzić. Dwanaście godzin mordęgi to niewielka cena, prawda?
- Jesteś jędzą, Florence – jęknął Stanley, ale Flo już nie zwracała na niego uwagi, idąc do drzwi.
– Masz ochotę na herbatę? Miałam właśnie przerwę – rzuciła do Patricka, wychodząc na korytarz. Wyglądało na to, że nie był na służbie, a trafił tutaj przypadkiem.
Ledwo drzwi się za nimi zamknęły, spoważniała. Z jej ust wydobyło się westchnienie i pokręciła głową.
– Merlinie, co za idiotyzm. Wiesz, prawie mi ulżyło, jak Leach zachorował. Może ludzie przestaną teraz wariować – mruknęła, przy okazji pokazując, że nawet jasnowidz nie jest nieomylny.
W końcu czekało ich zaledwie parę miesięcy spokoju nim Lord Voldemort ogłosił swój manifest.
Stanley zmierzył ją morderczym spojrzeniem, na co Florence posłała mu uśmiech zadeklarowanej sadystk… znaczy się, oddanej swojej pracy uzdrowicielki. Chcąc nie chcąc otworzył usta, ukazując splątany język, trochę napuchnięty, zwijający się w supeł, ilekroć ofiara klątwy usiłowała coś powiedzieć.
- Przepiękny przypadek. Rzucający zaklęcie był pijany? – spytała, na moment spoglądając na Patricka. Zdawała się promieniować niczym małe słoneczko, jakby taki nietypowy czar sprawiał jej wręcz radość. Może Patric niechcący nie skłamał i faktycznie z zaklęciem było coś nie tak? – Ładnie to tak? Czy pracownicy Ministerstwa nie powinni stać murem za Nobby’m Leachem? Nawiasem mówiąc, do tej pory zastanawiam się, jakim cudem został wybrany. To znaczy wiem, alternatywą był Fortynbras Malfoy, więc lepszy już Nobby, ale jednak…
Stanley znów wydał z siebie dźwięk, jakby koniecznie chciał włączyć się do rozmowy. Ale nie mógł. Florence westchnęła, obrzucając go spojrzeniem.
Tak, ten język należało odplątać. Niestety. Może świat byłby lepszym miejscem, gdyby tego nie zrobiła, ale była uzdrowicielką.
– Teraz uwaga. Zdejmę zaklęcie, ale przez najbliższą godzinę nie powinieneś za wiele się odzywać, bo język może stanąć ci kołkiem – oświadczyła, już z powagą. Po czym machnęła różdżką, wykonując serię skomplikowanych ruchów, i mrucząc zaklęcia pod nosem.
Stanley chrząknął i próbował coś powiedzieć, ale Florence nieomal natychmiast położyła mu dłonie na szczęce, kręcąc głową.
- Nie, nie, nie mówimy za wiele – zapowiedziała, po czym rzuciła kolejne zaklęcie, tym razem na nogi. Nie mogła od tak odtworzyć kości, ale dzięki temu zeszła przynajmniej opuchlizna i siniaki, których się nabawił. Tymczasem drzwi się otworzyły i w drzwiach stanął stażysta, zapewne ów Tommy, który wcześniej został posłany po Szkiele – Wzro. W rękach trzymał pękatą buteleczkę.
- Dwie jednostki, monitoruj efekt – powiedziała, zwracając się do chłopaka, który obserwował ich z niepewną miną. – Potem pana Stanleya trzeba przenieść na salę. Nie będę udawała, Stanley, czeka cię bardzo bolesna i bardzo nieprzyjemna noc, ale za to rano będziesz mógł już chodzić. Dwanaście godzin mordęgi to niewielka cena, prawda?
- Jesteś jędzą, Florence – jęknął Stanley, ale Flo już nie zwracała na niego uwagi, idąc do drzwi.
– Masz ochotę na herbatę? Miałam właśnie przerwę – rzuciła do Patricka, wychodząc na korytarz. Wyglądało na to, że nie był na służbie, a trafił tutaj przypadkiem.
Ledwo drzwi się za nimi zamknęły, spoważniała. Z jej ust wydobyło się westchnienie i pokręciła głową.
– Merlinie, co za idiotyzm. Wiesz, prawie mi ulżyło, jak Leach zachorował. Może ludzie przestaną teraz wariować – mruknęła, przy okazji pokazując, że nawet jasnowidz nie jest nieomylny.
W końcu czekało ich zaledwie parę miesięcy spokoju nim Lord Voldemort ogłosił swój manifest.