29.10.2022, 01:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2022, 05:49 przez Eden Lestrange.)
Parsknęła w głos, słysząc pierwsze pytanie brata.
Nie wiedziała dokładnie czemu, ale to pytanie wydało się jej w tym momencie niebywale śmieszne. Czy rekompensowała sobie nieobecność męża w życiu prywatnym? Czy niewinne spotkania z Idą, które opierały się na fascynacji i ciepłym dotyku można było nazwać rekompensatą? Czy zdrada, w której ciężko było mówić o stałości, o uczuciu aż po grobową deskę, była cokolwiek współmierna? Owszem, dzięki niej czuła się raz na jakiś czas żywa; raz po raz wracała do jej ramion, by odgonić na parę cennych chwil katastroficzne uczucie samotności i póki co zdawało to egzamin. Jednak czy wynagradzało to Eden cokolwiek? Czy czuła się usatysfakcjonowana? Czy mogła powiedzieć, że skoro nie ma tego, co lubi, to lubi to, co ma?
- Nie - odparła w końcu, nie podnosząc głowy z pościeli. - Nie rekompensuję. -
Nie czuła, żeby w tym momencie go okłamywała. Może co najwyżej miała inną definicję rekompensaty niż brat, może odebrała jego pytanie nie w ten sposób, w który chciał. W efekcie tego mógł otrzymać odpowiedź, która w przyszłości wyda mu się kłamstwem, bo przecież nigdy nie zapyta o detale. Nie miało dla Eden znaczenia, czy spowodowane jest to jego brakiem szczerego zainteresowania, czy brakiem pomyślunku. Wiedziała, że na pierwsze i tak nie zasługiwała, biorąc pod uwagę, że prawdziwie życzyła mu wszystkiego najgorszego przez tyle lat ich istnienia. Nie zrobiła też nic z własnej strony, by mu to wynagrodzić, więc czemu miałby martwić się o jej dobrostan? Eden nie była usatysfakcjonowana swoim życiem, ale to nie był jego interes. Sama musiała sobie poradzić z tym problemem, ale sęk w tym, że nie bardzo wiedziała jak.
A jak omnipotentna Eden Lestrange miałaby przyznać się do niewiedzy na głos?
Była w stanie odpowiedzieć na kolejne pytanie, bo myślała już nad nim nie raz samodzielnie, często robiąc to, gdy patrzyła na swojego męża z przeciwległego końca stołu w jadalni. Przyglądała się mu, ciemnemu spojrzeniu, które przysłaniały rozczochrane włosy. Patrzyła na niego znad porannej gazety, ale on nigdy nie patrzył na nią; przez wiele lat myślała, że taka jego natura, bo uciekał spojrzeniem od ludzi, gdy tylko mógł. Jednak z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie patrzy na nią, bo po prostu nie chce. Miał zwykle przed sobą rzeczy i sprawy, które interesowały go bardziej niż ona sama. Takie, które były warte zbadania bardziej niż pragnienia swojej żony. Dotychczas respektowała i to, jednak chyba każdy ma swoje limity. Nawet ona dotarła do granicy wytrzymałości, znudzona czekaniem na zmiany.
- Doskonale wiem, że moje pragnienia są dla ciebie bez znaczenia, Elliott - odpowiedziała spokojnym, lecz bardzo zmęczonym tonem. Wiedziała, że siedzi tuż obok, ale nie spojrzała w jego kierunku. Jeszcze przez chwilę patrzyła w sufit, jednak po chwili spostrzegła, że kasetony na suficie zaczęły się rozmywać, więc opuściła powieki. Oddychała cicho, miarowo, niezdolna do czucia się niespokojnie. Normalna osoba pogrążyłaby się teraz w melancholii, ale Eden była skrzywiona na tyle, by znaleźć w swojej niemocy spokój. To nie była dobra pora na chęć do walki z własnym losem.
- Zabawne, że żartuje w ten sposób ktoś, kto jeszcze piętnaście minut temu płakał na moim szezlongu o tragicznej miłości do martwej żony - odbiła piłeczkę, licząc, że również ubodzie go prosto w serce, tak samo jak udało się to jemu w tym momencie. Ton jego głosu sprawił, że poczuła się skrzywdzona, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. Zamiast tego przekręciła się, mając zamiar położyć głowę na swojej poduszce i po prostu zasnąć. - Zabawne, że orientujemy się, co mamy, dopiero po tym, jak to stracimy, prawda? - wypuściła powietrze nosem, jakby się naśmiewała, ale wypowiedziała to zdanie tak cicho, jakby stało się to tylko dlatego, że ktoś zadał jej cios w klatkę piersiową i siłą zmusił ją, by wypuściła ustami resztkę powietrza. Brzmiało niczym przytyk do Elliotta, ale tak naprawdę mówiła również o sobie. Nie była świadoma swoich potrzeb, dopóki nie przestały być zaspokajane.
Weszła pod kołdrę, wciąż obrócona plecami do brata, położyła się na boku. Jeszcze chwilę trwała wsparta na łokciu, by móc chwycić różdżkę i zgasić światło.
- Nox. - słowo uniosło się i pochłonęło blask żyrandola, pozostawiając bliźnięta w zupełnej ciemności. Eden przestała więc utrzymywać kamienną maskę i rozluźniła mięśnie twarzy, nim położyła ją na poduszce. Póki co mogła przestać udawać, że bratu nie udało się przebić przez zbroję niewzruszenia, bo czego oczy nie widzą, nie daje twoim wrogom satysfakcji.
Nie wiedziała dokładnie czemu, ale to pytanie wydało się jej w tym momencie niebywale śmieszne. Czy rekompensowała sobie nieobecność męża w życiu prywatnym? Czy niewinne spotkania z Idą, które opierały się na fascynacji i ciepłym dotyku można było nazwać rekompensatą? Czy zdrada, w której ciężko było mówić o stałości, o uczuciu aż po grobową deskę, była cokolwiek współmierna? Owszem, dzięki niej czuła się raz na jakiś czas żywa; raz po raz wracała do jej ramion, by odgonić na parę cennych chwil katastroficzne uczucie samotności i póki co zdawało to egzamin. Jednak czy wynagradzało to Eden cokolwiek? Czy czuła się usatysfakcjonowana? Czy mogła powiedzieć, że skoro nie ma tego, co lubi, to lubi to, co ma?
- Nie - odparła w końcu, nie podnosząc głowy z pościeli. - Nie rekompensuję. -
Nie czuła, żeby w tym momencie go okłamywała. Może co najwyżej miała inną definicję rekompensaty niż brat, może odebrała jego pytanie nie w ten sposób, w który chciał. W efekcie tego mógł otrzymać odpowiedź, która w przyszłości wyda mu się kłamstwem, bo przecież nigdy nie zapyta o detale. Nie miało dla Eden znaczenia, czy spowodowane jest to jego brakiem szczerego zainteresowania, czy brakiem pomyślunku. Wiedziała, że na pierwsze i tak nie zasługiwała, biorąc pod uwagę, że prawdziwie życzyła mu wszystkiego najgorszego przez tyle lat ich istnienia. Nie zrobiła też nic z własnej strony, by mu to wynagrodzić, więc czemu miałby martwić się o jej dobrostan? Eden nie była usatysfakcjonowana swoim życiem, ale to nie był jego interes. Sama musiała sobie poradzić z tym problemem, ale sęk w tym, że nie bardzo wiedziała jak.
A jak omnipotentna Eden Lestrange miałaby przyznać się do niewiedzy na głos?
Była w stanie odpowiedzieć na kolejne pytanie, bo myślała już nad nim nie raz samodzielnie, często robiąc to, gdy patrzyła na swojego męża z przeciwległego końca stołu w jadalni. Przyglądała się mu, ciemnemu spojrzeniu, które przysłaniały rozczochrane włosy. Patrzyła na niego znad porannej gazety, ale on nigdy nie patrzył na nią; przez wiele lat myślała, że taka jego natura, bo uciekał spojrzeniem od ludzi, gdy tylko mógł. Jednak z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie patrzy na nią, bo po prostu nie chce. Miał zwykle przed sobą rzeczy i sprawy, które interesowały go bardziej niż ona sama. Takie, które były warte zbadania bardziej niż pragnienia swojej żony. Dotychczas respektowała i to, jednak chyba każdy ma swoje limity. Nawet ona dotarła do granicy wytrzymałości, znudzona czekaniem na zmiany.
- Doskonale wiem, że moje pragnienia są dla ciebie bez znaczenia, Elliott - odpowiedziała spokojnym, lecz bardzo zmęczonym tonem. Wiedziała, że siedzi tuż obok, ale nie spojrzała w jego kierunku. Jeszcze przez chwilę patrzyła w sufit, jednak po chwili spostrzegła, że kasetony na suficie zaczęły się rozmywać, więc opuściła powieki. Oddychała cicho, miarowo, niezdolna do czucia się niespokojnie. Normalna osoba pogrążyłaby się teraz w melancholii, ale Eden była skrzywiona na tyle, by znaleźć w swojej niemocy spokój. To nie była dobra pora na chęć do walki z własnym losem.
- Zabawne, że żartuje w ten sposób ktoś, kto jeszcze piętnaście minut temu płakał na moim szezlongu o tragicznej miłości do martwej żony - odbiła piłeczkę, licząc, że również ubodzie go prosto w serce, tak samo jak udało się to jemu w tym momencie. Ton jego głosu sprawił, że poczuła się skrzywdzona, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. Zamiast tego przekręciła się, mając zamiar położyć głowę na swojej poduszce i po prostu zasnąć. - Zabawne, że orientujemy się, co mamy, dopiero po tym, jak to stracimy, prawda? - wypuściła powietrze nosem, jakby się naśmiewała, ale wypowiedziała to zdanie tak cicho, jakby stało się to tylko dlatego, że ktoś zadał jej cios w klatkę piersiową i siłą zmusił ją, by wypuściła ustami resztkę powietrza. Brzmiało niczym przytyk do Elliotta, ale tak naprawdę mówiła również o sobie. Nie była świadoma swoich potrzeb, dopóki nie przestały być zaspokajane.
Weszła pod kołdrę, wciąż obrócona plecami do brata, położyła się na boku. Jeszcze chwilę trwała wsparta na łokciu, by móc chwycić różdżkę i zgasić światło.
- Nox. - słowo uniosło się i pochłonęło blask żyrandola, pozostawiając bliźnięta w zupełnej ciemności. Eden przestała więc utrzymywać kamienną maskę i rozluźniła mięśnie twarzy, nim położyła ją na poduszce. Póki co mogła przestać udawać, że bratu nie udało się przebić przez zbroję niewzruszenia, bo czego oczy nie widzą, nie daje twoim wrogom satysfakcji.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~