— Ona ma rację — rzucił nerwowo w kierunku oszołomionego kapłana. Odwrócił się do niego, licząc, że Heather i Charles w razie potrzeby ochronią go przed ciosem w plecy. — Postaramy się go zatrzymać najdłużej, jak będziemy mogli, ale musisz się stąd zmywać. Ukryć się. Jak najdalej od polany, rozumiesz? Idź! I uważaj na siebie!
Tchnął w te słowa resztki pewności siebie, jakie tliły się w nim, odkąd Maledis zawisł nad ich głowami. Chociaż chciał wierzyć, że kapłani Whitecroft przygotowali się jakoś do tego sabatu, tak miał wątpliwości, czy ten konkretny mężczyzna został poinformowany o jakichś poważnych ustaleniach. A skoro nie mógł im pomóc, to musiał się stąd zmyć, jeśli miał na to siły. Zasłonił oczy, gdy pył w powietrzu połaskotał go po twarzy.
Świat wokół Erika jakby zwolnił, kiedy Śmierciożerca posłał w kierunku ich grupy trzy ogniste pociski. Nie mieli czasu na długie dywagacje na temat tego, jakie zaklęcie mogłoby najefektywniej powstrzymać nadciągające zagrożenie. Był jeszcze Maledis, którego chyba udało im się osłabić, jednak on chwilowo spadł na drugie miejsce na podium. Najpierw musieli nie spłonąć.
Reakcja Longbottoma była więc naturalna. Co było przeciwieństwem płomienia? Machnął desperacko różdżką, pragnąc wznieść przed nimi ścianę wody, która odegrałaby rolę tarczy i zgasiłaby pociski ich oponenta. Widząc, że zaklęcie Heather się nie powiodło, spróbował powstrzymać nadlatujące kamienie przy pomocy zaklęcia z dziedziny Translokacji – jego celem było wywarcie na nich tak dużej siły, aby te gwałtownie opadły na ziemię, nie robiąc im żadnej krzywdy.
Slaby sukces...
Krytyczna porazka
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞