Dla Hjalmara, czerwiec nic nie zmieniał. To był taki sam miesiąc jak każdy inny. Nie ważne czy wypadało podczas niego jakieś święto czy też nie. Nawet sama Litha, pomimo faktu bycia jednym z piękniejszych wydarzeń jakie było w ciągu roku, nie zwalniała z ciężkiej pracy w kuźni.
Od samego rana urzędował wraz ze swoim ojcem w ich rodzinnym warsztacie. Kuli akurat zamówienie dla starego Rökkviego. Rozmawiali przy okazji o wielu tematach. Nie obyło się też oczywiście bez historii o tym jak Dagur zakochał się w jego matce, a następnie uniesieni magią Lithy, zrobili sobie małego islandczyka, który nazywał się Hjalmar. Co ciekawe, tak ich ciągnęło do siebie, że nie mieli nawet 15 lat kiedy Saga była w ciąży. Ale to nie o tym historia teraz...
Młodszy z Nordgersimów dokończył zamówienie dla starego krętacza. Zobowiązał się przed ojcem, że dostarczy mu jego zamówienie, skoro i tak udaje się na festyn. Tam na pewno spotka tego łysawego starca, który tylko wyszukuje swojej ofiary. A sam Björn skorzysta z okazji aby napić się piwa, zjeść jakiegoś udźca i może zbałamuci jakąś dziewkę, coby pójść w ślady ojca... Oczywiście nie w kwestii posiadania dziecka, a raczej uciechy cielesnej, której Dagur tak często się oddawał.
Na miejsce dotarł chwilę popołudniu kiedy nie wszystko było jeszcze gotowe. Większość wystawców nadal dopieszczało swoje stragany. Część dekorowała plac, a dwóch mistrzów kuchni zajmowało się rusztem na głównego aktora dzisiejszego dnia. Hjalmar skorzystał z okazji, że na miejscu było relatywnie mało osób i odnalazł swojego klienta całkiem szybko. Przekazał mu gotowy produkt, a następnie oddalił się w kierunku stolików, gdzie zamierzał spożyć piwko w nagrodę. W końcu po ciężkiej pracy w słońcu należał się kufel chłodnego chmielowego napoju.
Z biegiem czasu i kolejnymi beczułkami rozlanego piwa, zwiększyła się ilość gości, którzy wpadli na festiwal. Ludzi było od groma i to wszelkiej maści - rzemieślników, artystów, zakochanych, a nawet zwykłych przyjezdnych zza granicy.
Nordgersim nie siedział sam, ponieważ spotkał kilku swoich koleszków. Spożywali kolejne rogi wypełnione alkoholem i rozmawiali o wszystkim - życiu, pracy czy miłości. Sięgnęli nawet wspomnieniami do pięknych czasów w Durmstrangu, kiedy to sprawiali w najlepsze problemów co nie miara. Koniec końców, Hjalmar i jego kompania to byli jedni z największych rozrabiaków za czasów szkoły, co nieraz się na nich mściło różnymi karami czy szlabanami.
Jednak wszytko co dobre, szybko się kończy. Piwo spożywali w ekspresowym tempie - ich przodkowie byliby z nich dumni jakby widzieli ich możliwości. Nie potrzebowali zachęty. Postanowili przedsięwziąć ekspedycję w celu pozyskania większej ilości trunku. Teraz jednak mierzyli dużo wyżej - mieli ochotę na jakąś gorzałkę lub miód pitny. Ile można pić to piwo przecież?
Sprawnym krokiem szli, śmiejąc się niemal do rozpuku, kiedy to nagle jeden z nieuważnych biesiadników wpadł na Hjalmara, który nie krył oburzenia zaistniałą sytuacją - Hvað er.. - wycedził przed zęby, zaciskając swoją pięść do walki. Był gotowy na wszystko. Ktoś się odważył na niego wpaść, to teraz będzie musiał mieć odwagę stawić mu czoła w pojedynku. No chyba, że okaże się kimś znajomym...
I tak też było. Nie miał żadnych złudzeń - to była Pandora. Ta sama dziewczyna, która nie doprowadziła go o mało do furii czy wewnętrznego wylewu. Björn był bardzo zdziwiony. Wszak co ona mogła tutaj robić o tej porze roku, dodając do tego fakt, że mieli się już przecież nie spotkać.
Ze stanu szoku wybiło go śmiech jego kompanów, którzy nie mogli się powstrzymać i po prostu wybuchli kiedy usłyszeli zwrot jakim obdarzyła go dziewczyna. 'Niedźwiadek' - bo tak się do niego zwróciła to była bardzo niespotykana forma, jaką ktokolwiek się zwracał do Hjalmara. Przede wszystkim dlatego, że nikt inny poza nią się tak do niego nie odzywał. Młody kowal nie zamierzał się jednak tym zbytnio przejmować. Uniósł tylko zacisniętą rękę na swoich kolegów, dając im do zrozumienia, że jeżeli nie przestaną się śmiać to przywitają się z jego pięścia. Oni zaś, nauczeni, że żarty się skończyły, przerwali cały proceder niemal tak szybko jak go zaczęli.
- Zaraz wracam - powiedział do swojej ekipy, a następnie pociągnął Pandorę kawałek na bok. Odeszli dobre kilkanaście kroków. Wszystko po to aby mieć pewność, że banda tamtych durniów nie będzie słyszała ich rozmowy. Chłopak specjalnie wybrał taki dystans, ponieważ tamci też znali angielski, więc mogliby podsłuchiwać, co zresztą zapewnie z chęcią zaraz uczynią - Co Ty tu robisz? - zapytał lekko ściszonym głosem. Teraz zdał sobie sprawę, że takie zabranie jej na bok nie było zbytnio strategicznym rozwiązaniem, które mogło sugerować, że 'coś jest na rzeczy'.
- Nie. Mieszkam niedaleko. Zresztą to Ty ze wszystkich możliwości świętowania Lithy, wybierasz Islandię - stwierdził zgodnie z prawdą. Miała przecież tyle możliwości na spędzenie tego czasu, a wybrała tę małą wyspę - I kto to mówi? Chciałbym zauważyć, że to prędzej Ty to robisz aniżeli ja. To nie ja wabię dzikich traperów, którzy spadają z drzewa, a następnie są brani za niedźwiedzie - przypomniał jej, jeżeli już zapomniała sposób w jaki się poznali.
- Nie spodziewałem się Ciebie tutaj. W ogóle się nie spodziewałem Ciebie już nigdy spotkać tak szczerze. Myślałem, że po Twoich ostatnich przygodach masz już dość mojej ojczyzny na zawsze - parsknął śmiechem - Jak nauka islandzkiego? - zagaił temat kiedy przypomniał sobie o jej słowach dotyczących chęci nauki tego języka - Napijesz się czegoś? Akurat szedłem po dolewkę - zaproponował, unosząc do góry swój róg w którym jeszcze przed chwilą miał złocisty trunek.