Raczej mało kto byłby autentycznie zadowolony z tego, że przypada mu wątpliwy przywilej pełnienia służby akurat podczas jednego z ważniejszych świąt w kalendarzu czarodziejów. Bądź co bądź, nawet jeśli ktoś nie angażował się w obrzędy związane z uroczystością, tak można było przecież świętować na wiele różnych sposobów. Święto ciemności można było spędzić na wiele sposobów.
Niektórzy próbowali obłaskawić królestwo zaświatów, a inni starali się trzymać od niego jak najdalej, aby nie kusić losu. Co zrobiłby Erik? Czy poszedłby tego dnia wcześniej do łóżka, aby złapać parę dodatkowych godzin snu? A może instynkt podpowiedziałby mu, że powinien wybrać się do jednego z lokalnych pubów i tam wlać w siebie parę kolejek?
Zawsze jest jeszcze opcja spędzenia wieczoru w towarzystwie rodziny, pomyślał, chociaż wiedział, że gdy już skończy dzisiaj pracę, to nie będzie sensu organizować żadnego wydarzenia. Nawet nie tyle zaproponowano mu przyjście dzisiaj do pracy, aby uratować jednego z kolegów, ile poinformowano go poprzedniego dnia, że ma przyjść i żeby nie dyskutował. Cóż, chyba i tak by nawet nie próbował.
Do archiwum sprowadził go jeden celów do wypełnienia na ten dzień: przygotowani kopii raportów w celu przekazania ich na dniach detektywom Brygady Uderzeniowej. Po wejściu do środka zamknął za sobą cicho drzwi i ruszył w stronę jednej szef, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie, a zamiast tego nucąc sobie pod nosem jedną z piosenek, którą usłyszał wcześniej w radio. Zupełnie nieświadomy obecności Eden w pomieszczeniu, minął ją i skręcił w inny dział archiwów, aby tam poszukać potrzebnych dokumentów.
Po niespełna dwóch minutach miał już w rękach potrzebne teczki i już miał udać się do wyjścia, gdy kątem oka dostrzegł jakąś kobietę leżącą na regale. Zrobił jeszcze dwa kroki, a potem się zatrzymał. Zmarszczył brwi i zwrócił oczy w bok. Gdy jego spojrzenie padło na oczy Eden, aż podskoczył przestraszony. W co ona się tutaj bawiła, żeby tak ludzi porządnych straszyć!
— Na rany Merlina, wystraszyłaś mnie! — wymamrotał, pocierając koszulę w okolicy serca, jak gdyby miało to pomóc mu się uspokoić. Spojrzał na dziewczynę oskarżycielskim wzrokiem, wyraźnie szukając wymówki, aby obwinić ją za swoją własną nieuwagę. Co ona w ogóle tutaj robiła? — Zlecili ci jakieś tajne prace na wysokościach, czy skazali na wygnanie z Biura Aurorów, że się tak czaisz?
Podszedł bliżej i oparł się o ścianę, wspierając głowę na ramie jakiegoś tandetnego obrazka, który został wywieszony w archiwum dla ozdoby. Jakby to miejsce potrzebowało jakichkolwiek walorów estetycznych, aby spełniać swoją funkcję. Nie było to miejsce, w którym pracownicy prowadzili długie debaty, toteż raczej nie mieli zbytnio okazji ku temu, aby docenić niewątpliwy kunszt, z jakim zadbano o szczegóły wystroju tego pomieszczenia. Jeszcze brakowało, żeby postawili paprotkę na środku korytarza.
Erik zadarł minimalnie głowę w górę, aby lepiej widzieć Eden.
— Potrzebujesz pomocy, żeby zejść, czy czujesz się komfortowo tam na górze? — spytał, uśmiechając się kącikiem ust. Dalej dochodził do siebie po tym ataku na swoją osobę. A gdyby dostał zawału? Co by wtedy było?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞