26.04.2023, 16:54 ✶
Piesza wycieczka do dzielnicy obok wybitnie mu nie służyła. Był zbyt naćpany, żeby jego źrenice przyzwoicie radziły sobie ze światłem całkiem przyjemnego, wiosennego poranka, a jego serce powoli zaczynało niedomagać. Dyszał od zwykłego spacerku, brakowało mu siły w członkach po ponad dwudniowej głodówce. Cóż, przynajmniej dzięki granulatowi nie czuł zmęczenia.
Kiedy już pokonali parę pięter schodów, obraz mu się rozmazywał, ale nagłe szczekanie psa natychmiast postawiło go do pionu. Mieszkała z kimś? Nie mieszkała, przecież mówiła mu, że to miejsce stoi puste. Kto zajmował się tym psem, kiedy tripowali w podziemnej norze? Zestresował się tym zaskakująco mocno, z niepokojem patrzył na otwierające się drzwi.
Ale wszystko okazało się być w porządku, nie zobaczył wewnątrz oczekiwanego armagedonu o zapachu gówna i szczochów. Cóż, może miał jakąś zaklętą kuwetę i tyle.
- Ładnie tu macie. Od dziecka nie mieszkałem w ładnym miejscu - skomentował, rozejrzawszy się po salonie.
Z trudem utrzymywał uwagę na tym, co Geraldine mówiła podczas oprowadzania go po mieszkaniu. Jego spojrzenie raz po raz zbaczało w kierunku szwędającego się po mieszkaniu szczeniaka. Zwierzę, w końcu jakieś. Dawno nie miał z żadnym do czynienia, a przecież właśnie je rozumiał w życiu najlepiej. Zostawianie w samotności tak młodych psów na więcej, niż parę godzin, wydawało mu się okrutne - miał wyrzuty sumienia, że trzymał Yaxley u siebie tak długo.
- Czyli śpię w salonie? - zapytał, orientując się, że poza nim została tylko sypialnia Geraldine.
Mimikę i ton miał zaskakująco poważne. To nie było wcale pytanie o zakwaterowanie, tylko o to, jak postrzegała obecną relację między nimi i jak miała ona wpłynąć na mieszkanie razem.
Gdy wychodziła, pożegnał ją skinieniem głowy i ruszył do łazienki. Umył się szybko, w zimnej wodzie, tak jak zawsze. Później zaanektował losową szczoteczkę z kubka, nie wiedział do kogo wcześniej należała. Jaka to była ulga umyć nareszcie zęby!
Stojąc przed umywalką i oglądając w lustrze oparzenie na swojej piersi, zorientował się, że nie zabrał ze sobą różdżki; ubrań sobie nie odświeży.
Do kuchni wyszedł nago, nie miał czasu na pierdolenie się. Po to zabrał ze sobą granulat, żeby dopchnąć poprzednią działkę, zanim znowu będzie miał zjazd. Geraldine chciała wypić kawę i zjeść, nie chciał jej rozczarować. Musiał kiedyś nareszcie przestać to robić.
Na szczęście znalazł niewielki moździerz w szafce z nietkniętymi przyprawami. Musiał ręcznie zetrzeć proch, bardzo się przy tym śpieszył. Usypał kreskę bezpośrednio na blacie i po sekundzie już ją wciągał.
Kiedy już pokonali parę pięter schodów, obraz mu się rozmazywał, ale nagłe szczekanie psa natychmiast postawiło go do pionu. Mieszkała z kimś? Nie mieszkała, przecież mówiła mu, że to miejsce stoi puste. Kto zajmował się tym psem, kiedy tripowali w podziemnej norze? Zestresował się tym zaskakująco mocno, z niepokojem patrzył na otwierające się drzwi.
Ale wszystko okazało się być w porządku, nie zobaczył wewnątrz oczekiwanego armagedonu o zapachu gówna i szczochów. Cóż, może miał jakąś zaklętą kuwetę i tyle.
- Ładnie tu macie. Od dziecka nie mieszkałem w ładnym miejscu - skomentował, rozejrzawszy się po salonie.
Z trudem utrzymywał uwagę na tym, co Geraldine mówiła podczas oprowadzania go po mieszkaniu. Jego spojrzenie raz po raz zbaczało w kierunku szwędającego się po mieszkaniu szczeniaka. Zwierzę, w końcu jakieś. Dawno nie miał z żadnym do czynienia, a przecież właśnie je rozumiał w życiu najlepiej. Zostawianie w samotności tak młodych psów na więcej, niż parę godzin, wydawało mu się okrutne - miał wyrzuty sumienia, że trzymał Yaxley u siebie tak długo.
- Czyli śpię w salonie? - zapytał, orientując się, że poza nim została tylko sypialnia Geraldine.
Mimikę i ton miał zaskakująco poważne. To nie było wcale pytanie o zakwaterowanie, tylko o to, jak postrzegała obecną relację między nimi i jak miała ona wpłynąć na mieszkanie razem.
Gdy wychodziła, pożegnał ją skinieniem głowy i ruszył do łazienki. Umył się szybko, w zimnej wodzie, tak jak zawsze. Później zaanektował losową szczoteczkę z kubka, nie wiedział do kogo wcześniej należała. Jaka to była ulga umyć nareszcie zęby!
Stojąc przed umywalką i oglądając w lustrze oparzenie na swojej piersi, zorientował się, że nie zabrał ze sobą różdżki; ubrań sobie nie odświeży.
Do kuchni wyszedł nago, nie miał czasu na pierdolenie się. Po to zabrał ze sobą granulat, żeby dopchnąć poprzednią działkę, zanim znowu będzie miał zjazd. Geraldine chciała wypić kawę i zjeść, nie chciał jej rozczarować. Musiał kiedyś nareszcie przestać to robić.
Na szczęście znalazł niewielki moździerz w szafce z nietkniętymi przyprawami. Musiał ręcznie zetrzeć proch, bardzo się przy tym śpieszył. Usypał kreskę bezpośrednio na blacie i po sekundzie już ją wciągał.