Wprawdzie czuł na sobie wzrok młodego Malfoya, jednak nie czuł się tym wyjątkowo speszony. Mimo wszystko jeszcze chwilę temu robił dokładnie to samo. Co więcej, w ciągu swojego życia zdążył się przyzwyczaić do tego, że bez względu na to, jak bardzo by się nie starał, tak ciężko byłoby mu uniknąć wzmożonej uwagi ze strony innych ludzi. Wzrost, popularne nazwisko, dosyć częste reprezentowanie Brygady Uderzeniowej w mediach. Przynajmniej żaden ze mnie krajowy celebryta, powtarzał w myślach niczym mantrę.
— Doceniam uratowanie mnie przed oddaniem się w objęcia alkoholu. Kto wie, to mógłby być pierwszy krok w stronę poważnego uzależnienia. — Uderzył paznokciem o krawędź kufla, sprawiając, że przy stoliku rozległo się wysokie jęknięcie szklanego naczynia. Uśmiechnął się pod nosem. — Czyżbym zaciągnął właśnie dosyć ciężki do spłacenia dług wdzięczności? Ciekawy zwrot akcji, nie powiem.
Zerknął kątem oka na swój płaszcz. Wprawdzie mógł wrócić do przeszukiwania jego kieszeni, jednak mało stosowne byłoby odrzucenie oferty Elliotta. Papierosy i zapalniczka i tak leżały już na stole. Poza tym jaką miał pewność, że faktycznie zabrał swoją paczkę z biura? Nawet by się nie zdziwił, gdyby ktoś ją sobie pożyczył bez pytania. Z lekkim ociąganiem Erik sięgnął po oba przedmioty i zapalił zręcznie papierosa, aby następnie oddać własność właścicielowi.
— Wciąż tu jestem, czyż nie? — Odchylił lekko głowę i wypuścił z ust szarawą strużkę dymu. Uśmiechnął się nieco nieśmiało, bo w jego głowie dalej toczyła się walka, czy to niespodziewane spotkanie faktycznie jest tak niespodziewane, na jakie wyglądało. Może to przewrażliwienie siostry tak na niego wpływało? Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. — Kolorowe pisemka byłyby zapewne wniebowzięte. Wreszcie mogłyby obrócić w perzynę obraz „złotego dziecka Longbottomów”. Na Merlina, jak to okropnie brzmi.
Przewrócił oczami, z trudem powstrzymując się przed prychnięciem. Robiło mu się słabo za każdym razem, gdy miał kontakt z tym określeniem. Nie czuł się komfortowo z tym, że próbowano stawiać go za ideał i uosobienie wszelkich cnót. Owszem, łechtało to czasami jego ego, jednak każdy artykuł czy komentarz tego pokroju sprawiał, że czuł tylko większą presję. A nawet on miał pewne wady. Mimo to znosił trudności, powtarzając sobie, że przecież dzięki temu promuje działalność rodu.
Każdy miał swoją rolę do odegrania w tej machinie. Może i był członkiem jednej z bardziej liberalnych rodzin, ale pewne zasady pozostawały niezmienne bez względu na wierzenia czy wyznawane wartości. Mediów to nie interesowało, dopóki mieli dobrą historię. Trzeba było robić dobrą minę do złej gry. Robienie sobie z żartów z kuriozum takich sytuacji nawet w niektórych przypadkach pomagało.
— Tylko, czy naprawdę nam to grozi? Do spoufalania się jeszcze kawałek. — zaczął konspiracyjnym tonem, chociaż po wykrzywionych ku górze kącikach ust można było poznać, że jest szczerze rozbawiony tkaną przez kolegę wizją. Odsunął na moment fajkę od ust. — Na razie poratowałeś biedaka papierosem. Potencjalnie też uchroniłeś przed popadnięciem w alkoholizm. Może nie jest Pan jednak taki okropny, Panie Malfoy?
Ciężko było odmówić Elliottowi racji w kwestii tego, jak wyglądała na co dzień praca w placówce takiej jak Ministerstwo Magii. Obowiązki służbowe ciągnęły się za człowiekiem i trzymały się go jak rzep psidwakowego ogona. Zabieranie pracy do domu było na porządku dziennym, nie wspominając nawet o tym, jak wyglądała sama praca. Miała oczywiście swoje benefity w tym satysfakcję związaną z poprawianiem bezpieczeństwa ich społeczności, ale wystarczyło lekko uchylić drzwi, aby nieźle się przerazić.
— Jest w tym trochę prawdy — przyznał po chwili namysłu, postanawiając podzielić się swoimi rozterkami. — Chociaż powiedziałbym, że ilość czy intensywność roboty nie jest tak dużym problemem, jak to, że biurokracja chwilami... przytłacza. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Nie mam nic przeciwko pracy na miejscu, ale wolę robić coś w terenie. To nowi pracownicy powinni się wdrażać przez pracę z dokumentami. Przynajmniej na start. A mi się już parę razy mi się zdarzyło, że przekazali sprawę komuś innemu, bo trzeba było wypełnić masę papierów. Zawsze jest coś do zrobienia.
Pokiwał głową na wzmiankę o Eden. Osobiście nazwałby ją małą legendą departamentu. Niektórzy ją podziwiali za tak nietypowe podejście, inni widzieli w tym odwagę, a jeszcze inni najzwyczajniej w świecie się jej nieco... bali. Pomimo upływu lat Erik nie wiedział, do której grupy pasował najbardziej.
— Hmm? — Wypuścił z ust kłąb dymu, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co chodzi. Dopiero po chwili zaszczycił spojrzeniem wydanie Proroka Codziennego. Zawiesił wzrok na wielkim zdjęciu na pierwszej stronie i westchnął ciężko. Wrócił wzrokiem do Elliota, starając się utrzymać z nim kontakt wzrokowy. — Cóż, niektórzy dziennikarze to hieny. Mogliby dać człowiekowi spokój, już i tak nieźle oberwał. Niesamowite, jaki wpływ na ludzi ma polityka. Jeszcze niedawno ludzie byli gotowi się o niego pozabijać.
Zaciągnął się papierosem, wzdychając cicho.
— Jak to szło? „Leach ma gryźć ziemię”? — Zmarszczył brwi, nie mogąc sobie przypomnieć dokładnej frazy, która swego czasu rozbrzmiewała praktycznie na każdym rogu. — Zgotowano mu tutaj małą kampanię nienawiści. Delikatnie mówiąc. W sumie trochę szkoda. Zawsze to nowa perspektywa w rządzie. Lepsze to niż stagnacja, a może nie zrujnowałby Ministerstwa w ciągu tych paru lat. Mógł mieć nawet parę dobrych pomysłów.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞