Ezechiel dobył różdżki, do szybkiego odpalenia papierosa. Zaciągnął się powoli i połowicznie, dusząc w sobie wszelkie odruchy kaszlu. Jak on tego nie cierpiał. Trochę mu też zajęło przerzucenie skupienia na wypowiedź Śmierciożercy. Podążył wzrokiem za jego ręką. Że ten doktor będzie tam przechodził? Stanąć na rozdrożu i wyglądać naturalnie? Rzeczywiście świetny i łatwy do wykonania pomysł.
Kiwał głową po co drugim zdaniu. Vult przerażał go. Jego wypowiedź była całkowicie obrana z jakiejkolwiek charyzmy, w ogóle nie brzmiał przekonująco. A to nie był dobry znak. Bo zazwyczaj jeśli ktoś nie jest dobry w gębie, jest dobry w różdżce lub pięści.
— Znakiem będzie dotknięcie... ucha — rzucił potulnie. Początkowo chciał sprecyzować, które dokładnie, ale za bardzo się bał, że zapomni. Teraz może się natomiast stresować, że nagle jedno z uszu zacznie go swędzić i nie będzie się mógł podrapać. Cóż za życie.
Czarodzieje ruszyli do parku. Ez dostał kolejne informacje. Przyjął paczkę papierosów. Nie śmiał odmówić. Wcisnął ją luźno do kieszeni i spacerowym krokiem skierował się do wyznaczonego miejsca, to znaczy na rozdroże dróg. Przy okazji udawał, że cały czas pali, przez co ze stresu zajął się kaszlem.
Postukał się w klatkę piersiową, jakby to miało jakkolwiek pomóc. Tragedia. Rzucił peta na ziemię i przydepnął go. Łapiąc oddech dotarł na rozdroże. Otarł załzawione oczy. Przeklinał w myślach dzień, w którym zdecydował się ruszyć do Wielkiej Brytanii.
Niespiesznie zaczął wyjmować kolejnego papierosa. Potem w tym samym tempie postanowił go rozpalić, uprzednio udając, że nie może znaleźć różdżki i klepiąc się po kieszeniach. Grał na czas. Niech ten doktorek się pojawi. Tej nocy ktoś w tym parku straci życie i Ez bardzo nie chciał być tym kimś.
W końcu ucho zaczęło swędzieć. Ręka była w połowie drogi, gdy Ez zdał sobie sprawę, co robi. Na szczęście sygnał nie został nadany. Ulga. Wyjął różdżkę. Podpalił papierosa. Zakasłał. Niech to się skończy.
I wtedy wchodzi on. Cały na biało. Ewidentnie lekarz. Ezechiel zrobił to, co każdy na ten widok — zaczął kaszleć. Dopiero w ostatniej chwili się opamiętał i złapał za jedno ucho. A potem drugą ręką za drugie. A doktor, jak to doktor, już zauważył potencjalnego pacjenta i zmierzał w jego kierunku.