Ezechiel wolał coś standardowego, co nie wzbudziłoby uwagi. Jednocześnie coś tak prostego, co cudownie dało się zepsuć i tak też się stało. Śmierciożerca rozważał tajemnicę związku tego dziwaka z Czarnym Panem i nic dziwnego, bo to nie było tak oczywiste. Ezechiel był niesamowicie ślamazarny jak na lekarza. Mało kto uwierzyłby w jego zdolności, szczególnie te związane z życiem na ulicy. Jak niby przeżył wiek dziecięcy i nastoletni? Odpowiedź jest prosta: cudem.
Ez pociągnął za oba uszy, by być pewnym, że towarzysz na pewno to dostrzeże. Nie pomyślał o innych alternatywach możliwego odbioru. I w ten sposób stała się tragedia. Cel zbliżał się do zawirowanego czarodzieja, a jednocześnie Śmierciożerca odezwał się do niego. Co teraz zrobić! Jak działać!
Krew odpłynęła Ezowi z twarzy w reakcji na tą sytuację. Śmierciożerca na pewno zmiażdży mu stopy lub inne kończyny za tą akcję. To byłby dobry scenariusz, pod warunkiem, że misja zakończy się sukcesem.
— Khe khe... Proszę pana... Czy mógłby mi pan pomóc dotrzeć do ławki... Chyba muszę usiąść... — zakasłał do lekarza, który już chciał coś powiedzieć.
— Och, tak, jak najbardziej — zareagował więc tylko na prośbę Ezechiela, a ten złapał go za ramię odwracając się w stronę Śmierciożercy. Czy widział? Czy dostrzegł, że doktor był już na celowniku?