27.04.2023, 20:08 ✶
W pewnym sensie Brenna przesłuchała już ofiary… po prostu bez ich bezpośredniego udziału. Najpierw Cynthia i Lycoris wyciągnęły z ich ciał wszystko, co mogły, a potem ona sama rzuciła się w odmęt ich wspomnień. Sięgnęła ku ich życiu i śmierci, dodając do swojej kolekcji koszmarów kilka dodatkowych snów. Sebastian jednak nie musiał się obawiać: nie zrobiła i nie planowała zrobić niczego, co mogłoby jeszcze bardziej skrzywdzić i tak już udręczone dusze.
Brenna absolutnie nie przejęła się też tym, że nie rozbawiła Macmillana. Jej gadanina była po prostu zwyczajem, który odkładała na bok tylko w chwilach, gdy robiło się naprawdę poważnie... a i wtedy nie zawsze, bo czasem i w takich momentach świat w jej opinii potrzebował pajaca.
- Nie mam pojęcia - odparła bez mrugnięcia okiem. - Słyszałam, że mugole uważają to za jedną z plag, może rozzłoszczone duchy mogłyby ją zaserwować?
W środku pomieszczenia jednak porzuciła gadulstwo.
- Stanę tutaj – mruknęła tylko do Patricka (choć naprawdę wolałaby, aby nie uznawał jej zwierzchnictwa, bo ogólnie niezbyt lubiła dowodzić w innych przypadkach niż dekorowanie sali balowej, a w dodatku zawsze odruchowo przyjmowała, że jeżeli Steward był w pobliżu, to on wydawał rozkazy) i po prostu ustawiła się faktycznie po jednej stronie wejścia, z różdżką w ręku. Przez „dwie strony drzwi” rozumiała oczywiście z prawej i lewej, ot by oboje byli blisko wyjścia, ale nie wpadli na siebie nawzajem i nie weszli sobie pod czary, gdyby musieli osłaniać potem pozostałą dwójkę. Zamierzała - gdy tylko mężczyźni zaczną pracę - rzucić na Jamila zaklęcie tarczy. Nie znała się na egzorcyzmach, wolała więc upewnić się, że taki mały dodatek magii nie przeszkodzi im w pracy. Wyjaśnień Sebastiana z kolei wysłuchała z uwagą, a potem wzruszyła ramionami.
- Chyba rozumiem, ale tak naprawdę to mało istotne, póki nie każesz mi rozmawiać z duchami. Wierzę, że wy wiecie, co robicie i tylko to się liczy - skwitowała. Nie zabierała kartki: sama te nazwiska znała na pamięć, ich twarze - gdy byli żywi i gdy byli już martwi - odcisnęły się w jej umyśle, nie potrzebowała więc tej listy, a skoro oni uznali ją za przydatną, dopóki nie wyjdą z tego pomieszczenia, mogli mieć ją pod ręką. Tylu śmierci i tak nie mogli ukryć, a krewni ofiar zostali już poinformowani, więc nawet jeżeli jakieś zapamiętają i sprawdzą... nie będzie to aż taka katastrofa, jak gdyby duchy rozbiegły się im po ministerstwie.
Przygryzła wargę, po czym uświadomiwszy sobie, co robi, natychmiast przybrała nieporuszoną minę. Obserwowała jednak poczynania spirytystów w napięciu. To czym się w tej chwili, to nie była zwykła magia. Ani nawet zwykłe egzorcyzmy. I Brenna miała cholerną nadzieję, że chociaż raz wszystko pójdzie dokładnie tak, jak trzeba.
- Dajcie znać, gdyby cokolwiek było nie tak – poprosiła jeszcze.
Brenna absolutnie nie przejęła się też tym, że nie rozbawiła Macmillana. Jej gadanina była po prostu zwyczajem, który odkładała na bok tylko w chwilach, gdy robiło się naprawdę poważnie... a i wtedy nie zawsze, bo czasem i w takich momentach świat w jej opinii potrzebował pajaca.
- Nie mam pojęcia - odparła bez mrugnięcia okiem. - Słyszałam, że mugole uważają to za jedną z plag, może rozzłoszczone duchy mogłyby ją zaserwować?
W środku pomieszczenia jednak porzuciła gadulstwo.
- Stanę tutaj – mruknęła tylko do Patricka (choć naprawdę wolałaby, aby nie uznawał jej zwierzchnictwa, bo ogólnie niezbyt lubiła dowodzić w innych przypadkach niż dekorowanie sali balowej, a w dodatku zawsze odruchowo przyjmowała, że jeżeli Steward był w pobliżu, to on wydawał rozkazy) i po prostu ustawiła się faktycznie po jednej stronie wejścia, z różdżką w ręku. Przez „dwie strony drzwi” rozumiała oczywiście z prawej i lewej, ot by oboje byli blisko wyjścia, ale nie wpadli na siebie nawzajem i nie weszli sobie pod czary, gdyby musieli osłaniać potem pozostałą dwójkę. Zamierzała - gdy tylko mężczyźni zaczną pracę - rzucić na Jamila zaklęcie tarczy. Nie znała się na egzorcyzmach, wolała więc upewnić się, że taki mały dodatek magii nie przeszkodzi im w pracy. Wyjaśnień Sebastiana z kolei wysłuchała z uwagą, a potem wzruszyła ramionami.
- Chyba rozumiem, ale tak naprawdę to mało istotne, póki nie każesz mi rozmawiać z duchami. Wierzę, że wy wiecie, co robicie i tylko to się liczy - skwitowała. Nie zabierała kartki: sama te nazwiska znała na pamięć, ich twarze - gdy byli żywi i gdy byli już martwi - odcisnęły się w jej umyśle, nie potrzebowała więc tej listy, a skoro oni uznali ją za przydatną, dopóki nie wyjdą z tego pomieszczenia, mogli mieć ją pod ręką. Tylu śmierci i tak nie mogli ukryć, a krewni ofiar zostali już poinformowani, więc nawet jeżeli jakieś zapamiętają i sprawdzą... nie będzie to aż taka katastrofa, jak gdyby duchy rozbiegły się im po ministerstwie.
Przygryzła wargę, po czym uświadomiwszy sobie, co robi, natychmiast przybrała nieporuszoną minę. Obserwowała jednak poczynania spirytystów w napięciu. To czym się w tej chwili, to nie była zwykła magia. Ani nawet zwykłe egzorcyzmy. I Brenna miała cholerną nadzieję, że chociaż raz wszystko pójdzie dokładnie tak, jak trzeba.
- Dajcie znać, gdyby cokolwiek było nie tak – poprosiła jeszcze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.