27.04.2023, 21:40 ✶
W zachowaniu Patricka Stewarda wiele było rzeczy, które pewnie nieco odróżniały go od bycia typowym aurorem Ministerstwa Magii. Częściowo dlatego, że na wiele spraw gotów był przymykać oczy – o ile wynikały jedynie z głupoty a nie z podłości lub premedytacji sprawcy. Częściowo, bo sam nie znosił noszenia munduru aurorskiego, lubił pracę w terenie i najlepiej kompletnie incognito (stąd też świetnie rozumiał niechęć Vincenta do noszenia pantofli i garniturów). Częściowo, bo często pozował na głupszego i mniej lotnego, niż był w rzeczywistości, chętnie podejmując decyzje z tyłu. I wreszcie częściowo dlatego, że lubił wałęsać się wieczorem po Londynie, przesiadywać w barach, w spelunach i obserwować innych. Im bardziej przy tym wplatał się w bezimienne ludzkie tło, tym bardziej był zadowolony.
Szedł obok O’Dwyera wsłuchując się w opowiadaną przez niego historię. Gestykulacja towarzysza niespecjalnie mu przeszkadzała, odruchowo zerkał tylko od czasu do czasu w jego stronę, jakby upewniając się, że ten przypadkowym gestem nie wydłubie mu oka. Z uwagi na młodą jeszcze godzinę, Patrick nie był wcale pewien, czy rzeczywiście wróci do domu, czy też pójdzie gdzieś dalej i zaszyje się w jednej ze znajdujących się w pobliżu spelun (całkiem przypadkiem akurat tej, w której pracę rozpoczęła ostatnio całkiem śliczna kelnerka, którą ostatnio rysowało mu się wyjątkowo przyjemnie).
Otworzył usta, by zapytać, co Vincent na to, że facet zaczął go przepraszać, ale zamiast powiedzieć jakiekolwiek słowo, po prostu zamarł. I pewnie była w tym jakaś gorzka rzeczywistość, ale pisk dziecka, nawet wczesną nocą skojarzył mu się ze wszystkim, co najgorsze.
Ledwo rzucił szybkie spojrzenie w stronę towarzysza a potem wygrała w nim natura, bo rzucił się do przodu, kierując nie tyle nawet instynktem, co zwykłym słuchem. Gdzieś z przodu, niebezpiecznie blisko Nokturnu, płakało dziecko i mogło potrzebować pomocy.
Widok zapłakanej dziewczynki, ale bezpiecznej dziewczynki, bez porywacza, rabusia lub choćby pieklącego się w pobliżu rodzica, nieco oszołomił Stewarda. Zmarszczył gęste brwi, wpatrując się w nią intensywnie i dopiero wtedy jednocześnie oddychając nieco lżej.
- Ach, twój kotek – odpowiedział powoli, z wyraźną ulgą w głosie. – Kotki czasami uciekają, ale potem zawsze wracają do swoich właścicieli – dodał po kilku sekundach. – Gdzie są twoi rodzice? Nie powinnaś o tej porze siedzieć sama na dworze.
Dziewczynka pociągnęła nosem. Posłała Patrickowi pełne dziecięcej urazy spojrzenie. Z pewnością uważała, że była już dostatecznie duża by samodzielnie chodzić o każdej porze dnia i nocy tam, gdzie tylko chciała.
- Nie w-wrócę do d-domu bez mojego kotka! – wychlipiała, rzucając Vincentowi pełne nadziei spojrzenie. On przynajmniej jeszcze nie zaczął protekcjonalnie wypytywać o jej rodziców. – Proszę, niech mi pan pomoże! – A potem złapała O’Dwyera za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę zaułka.
Zaledwie kilka chwil później dostrzegli siedzącego na jednym z koszy na śmieci małego, rudego kota. Patrzył na nich nieufnie, zupełnie niechętny by wrócić do swojej małej właścicielki. Ba, gdy tylko zrobili kilka kroków w jego stronę, ostrzegawczo syknął.
- To jak? – ośmiolatka posłała Vincentowi najbardziej proszące spojrzenie na jakie tylko było ją stać. – Czy złapie pan m-mojego k-kotka?
Szedł obok O’Dwyera wsłuchując się w opowiadaną przez niego historię. Gestykulacja towarzysza niespecjalnie mu przeszkadzała, odruchowo zerkał tylko od czasu do czasu w jego stronę, jakby upewniając się, że ten przypadkowym gestem nie wydłubie mu oka. Z uwagi na młodą jeszcze godzinę, Patrick nie był wcale pewien, czy rzeczywiście wróci do domu, czy też pójdzie gdzieś dalej i zaszyje się w jednej ze znajdujących się w pobliżu spelun (całkiem przypadkiem akurat tej, w której pracę rozpoczęła ostatnio całkiem śliczna kelnerka, którą ostatnio rysowało mu się wyjątkowo przyjemnie).
Otworzył usta, by zapytać, co Vincent na to, że facet zaczął go przepraszać, ale zamiast powiedzieć jakiekolwiek słowo, po prostu zamarł. I pewnie była w tym jakaś gorzka rzeczywistość, ale pisk dziecka, nawet wczesną nocą skojarzył mu się ze wszystkim, co najgorsze.
Ledwo rzucił szybkie spojrzenie w stronę towarzysza a potem wygrała w nim natura, bo rzucił się do przodu, kierując nie tyle nawet instynktem, co zwykłym słuchem. Gdzieś z przodu, niebezpiecznie blisko Nokturnu, płakało dziecko i mogło potrzebować pomocy.
Widok zapłakanej dziewczynki, ale bezpiecznej dziewczynki, bez porywacza, rabusia lub choćby pieklącego się w pobliżu rodzica, nieco oszołomił Stewarda. Zmarszczył gęste brwi, wpatrując się w nią intensywnie i dopiero wtedy jednocześnie oddychając nieco lżej.
- Ach, twój kotek – odpowiedział powoli, z wyraźną ulgą w głosie. – Kotki czasami uciekają, ale potem zawsze wracają do swoich właścicieli – dodał po kilku sekundach. – Gdzie są twoi rodzice? Nie powinnaś o tej porze siedzieć sama na dworze.
Dziewczynka pociągnęła nosem. Posłała Patrickowi pełne dziecięcej urazy spojrzenie. Z pewnością uważała, że była już dostatecznie duża by samodzielnie chodzić o każdej porze dnia i nocy tam, gdzie tylko chciała.
- Nie w-wrócę do d-domu bez mojego kotka! – wychlipiała, rzucając Vincentowi pełne nadziei spojrzenie. On przynajmniej jeszcze nie zaczął protekcjonalnie wypytywać o jej rodziców. – Proszę, niech mi pan pomoże! – A potem złapała O’Dwyera za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę zaułka.
Zaledwie kilka chwil później dostrzegli siedzącego na jednym z koszy na śmieci małego, rudego kota. Patrzył na nich nieufnie, zupełnie niechętny by wrócić do swojej małej właścicielki. Ba, gdy tylko zrobili kilka kroków w jego stronę, ostrzegawczo syknął.
- To jak? – ośmiolatka posłała Vincentowi najbardziej proszące spojrzenie na jakie tylko było ją stać. – Czy złapie pan m-mojego k-kotka?