Usłyszeliście świst, kiedy Lord Voldemort machnął różdżką, posyłając w stronę napotkanego dziwadła strumień surowej magii, który wbił się w jej ciało i rozpołowił je na pół. Nie stęknęła, nie wydała z siebie żadnego dźwięku – już samo to sprawiło, że cała ta scena wydała się nieudana, bo to było przecież zbyt proste, aby włożyć w to wszystko tak wiele wysiłku – w scenerię wokół was, w te wszystkie słowa, w wiadomości przesyłane szeptem do waszych uszu – wszystko po to, aby zginąć żałośnie od prostego ciosu, inkantacji, którą każdy z was opanował pewnie w wieku nastoletnim.
Ale to nie był jej koniec.
Wiązka energii posłana w istotę przez Theona z sukcesem rozcięła pokraczne ciało stwora, który zbliżał się do niego na czterech nogach. Czar rozciął jego ciało, rozdzielił korę i futro, chwilę po tym popłynęła po nich krew, ale istota pozostawała niewzruszona. Teraz, kiedy znajdowała się tak blisko, jako wprawiony myśliwy coraz mocniej dostrzegałeś mankamenty jej budowy. Była chodzącym absurdem – pokryta korą niczym drzewo, porastała futrem i, podobnie jak leżąca wśród pali kobieta, mchem. Po jej czole podróżowało spokojnie jakieś robactwo, które wyryło w jej czaszce otwory przypominające wejście do gniazda. Kończyny – cienkie i powyginane – sprawiały wrażenie niezdolnych do utrzymania tak sporego ciała. Wisienką na torcie były jednak oczy. Żywe, ludzkie oczy, które wydawały się jeszcze bardziej upiorne kiedy istota otworzyła swoją paszczę, obnażając szereg (również ludzkich) zębów i zapytała:
- Dlaczego to robisz?
W pierwszej chwili mogłeś się nie zorientować, ale kiedy powtórzyła jeszcze raz – dlaczego to robisz? – mogłeś być już pewien. To był głos twojej siostry, Geraldine.
- Nawet ty powinieneś zrozumieć, że ten las jest świętym miejscem, on nigdy nie pokaże ci drogi do tego czego szukasz, bo ty na to po prostu nie zasługujesz.
Pierwsza istota opleciona łańcuchami przez Wilhelma zaśmiała się w sposób tak smutny i oziębły, że wielu osobom na sam dźwięk tego głosu zjeżyłby się włos na karku. Tobie jednak ten ton głosu był znany z monotonii codzienności – to był głoś Roberta, kompletnie nie pasujący do stworzonego w jakby przypadkowy sposób, bajkowego wręcz potwora, który mimo prób nie potrafił uwolnić się z pętających go więzów.
Druga opleciona łańcuchami istota, odwróciła swoją twarz w stronę Louvaina i zdążyła powiedzieć tylko:
- Wreszcie coś, co lubię–
A później nie usłyszałeś już nic – cokolwiek to było, cokolwiek postanowiło przemówić do ciebie głosem Loretty, z impetem uderzyło o szereg drzew i zamilkło, przez kilka dłuższych sekund nie było w stanie się ruszać.
Theon dostrzegał to coraz mocniej. Parodię natury, jakby coś próbowało generować nową rzeczywistość, ale nie potrafiło jej w sensowny sposób skleić. Próbowało nawoływać do czegokolwiek, co znało z prawdziwego świata, ale robiło to w sposób nieszczególnie skuteczny, albo bawiło się konwencjami jak dziecko – gdybyście zadarli głowę do góry, zobaczylibyście jak na jasnym, wiosennym i czystym niebie rysują się szeregi widocznych tylko w nocy gwiazd, a także tarcza księżyca unosząca się wcale nie tak daleko od słońca. Istota przemawiająca głosem Geraldine zbliżała się coraz bliżej, zmieniała swoją formę, aż wreszcie spróbowała uderzyć w ciebie tak, żeby wepchnąć cię do strumienia.
Lord Voldemort zbliżał się do kobiety, którą spróbował zabić.
- Ułuda – rzekł wreszcie, przerywając dłuższy moment ciszy ze swojej strony. – Nic tutaj nie jest prawdziwe, ale jakże niezwykle silną musi być magia, która utrzymuje te sceny przy życiu.
Ta magia wciąż jednak walczyła, Wilhelm i Louvain słyszeli to w swoich głowach: „zawróćcie”, „odejdźcie stąd” dudniło wam w uszach bezustannie, a te potwory wpatrywały się w was, mrugały ziemistymi powiekami i powoli uwalniały się z więzów.
Ścieżka przed wami prowadziła dalej, wzdłuż tego strumienia, wzdłuż ściany lasu porośniętej drzewami i inną roślinnością tak gęsto, że w żaden sposób nie przypominało to tego, co widzieliście, mieszkając w Wielkiej Brytanii.
Ale to nie był jej koniec.
Wiązka energii posłana w istotę przez Theona z sukcesem rozcięła pokraczne ciało stwora, który zbliżał się do niego na czterech nogach. Czar rozciął jego ciało, rozdzielił korę i futro, chwilę po tym popłynęła po nich krew, ale istota pozostawała niewzruszona. Teraz, kiedy znajdowała się tak blisko, jako wprawiony myśliwy coraz mocniej dostrzegałeś mankamenty jej budowy. Była chodzącym absurdem – pokryta korą niczym drzewo, porastała futrem i, podobnie jak leżąca wśród pali kobieta, mchem. Po jej czole podróżowało spokojnie jakieś robactwo, które wyryło w jej czaszce otwory przypominające wejście do gniazda. Kończyny – cienkie i powyginane – sprawiały wrażenie niezdolnych do utrzymania tak sporego ciała. Wisienką na torcie były jednak oczy. Żywe, ludzkie oczy, które wydawały się jeszcze bardziej upiorne kiedy istota otworzyła swoją paszczę, obnażając szereg (również ludzkich) zębów i zapytała:
- Dlaczego to robisz?
W pierwszej chwili mogłeś się nie zorientować, ale kiedy powtórzyła jeszcze raz – dlaczego to robisz? – mogłeś być już pewien. To był głos twojej siostry, Geraldine.
- Nawet ty powinieneś zrozumieć, że ten las jest świętym miejscem, on nigdy nie pokaże ci drogi do tego czego szukasz, bo ty na to po prostu nie zasługujesz.
Pierwsza istota opleciona łańcuchami przez Wilhelma zaśmiała się w sposób tak smutny i oziębły, że wielu osobom na sam dźwięk tego głosu zjeżyłby się włos na karku. Tobie jednak ten ton głosu był znany z monotonii codzienności – to był głoś Roberta, kompletnie nie pasujący do stworzonego w jakby przypadkowy sposób, bajkowego wręcz potwora, który mimo prób nie potrafił uwolnić się z pętających go więzów.
Druga opleciona łańcuchami istota, odwróciła swoją twarz w stronę Louvaina i zdążyła powiedzieć tylko:
- Wreszcie coś, co lubię–
A później nie usłyszałeś już nic – cokolwiek to było, cokolwiek postanowiło przemówić do ciebie głosem Loretty, z impetem uderzyło o szereg drzew i zamilkło, przez kilka dłuższych sekund nie było w stanie się ruszać.
Theon dostrzegał to coraz mocniej. Parodię natury, jakby coś próbowało generować nową rzeczywistość, ale nie potrafiło jej w sensowny sposób skleić. Próbowało nawoływać do czegokolwiek, co znało z prawdziwego świata, ale robiło to w sposób nieszczególnie skuteczny, albo bawiło się konwencjami jak dziecko – gdybyście zadarli głowę do góry, zobaczylibyście jak na jasnym, wiosennym i czystym niebie rysują się szeregi widocznych tylko w nocy gwiazd, a także tarcza księżyca unosząca się wcale nie tak daleko od słońca. Istota przemawiająca głosem Geraldine zbliżała się coraz bliżej, zmieniała swoją formę, aż wreszcie spróbowała uderzyć w ciebie tak, żeby wepchnąć cię do strumienia.
Rzut 1d100 - 61
Lord Voldemort zbliżał się do kobiety, którą spróbował zabić.
- Ułuda – rzekł wreszcie, przerywając dłuższy moment ciszy ze swojej strony. – Nic tutaj nie jest prawdziwe, ale jakże niezwykle silną musi być magia, która utrzymuje te sceny przy życiu.
Ta magia wciąż jednak walczyła, Wilhelm i Louvain słyszeli to w swoich głowach: „zawróćcie”, „odejdźcie stąd” dudniło wam w uszach bezustannie, a te potwory wpatrywały się w was, mrugały ziemistymi powiekami i powoli uwalniały się z więzów.
Ścieżka przed wami prowadziła dalej, wzdłuż tego strumienia, wzdłuż ściany lasu porośniętej drzewami i inną roślinnością tak gęsto, że w żaden sposób nie przypominało to tego, co widzieliście, mieszkając w Wielkiej Brytanii.
29.04