29.10.2022, 10:17 ✶
- Zawsze zostałyby ci do leczenia dzieci. I efekty nieudanych eksperymentów – zauważył.
Ani w jednym, ani w drugim przypadku Patrick nie był ekspertem, ale zdarzyło mu się już kilka razy zobaczyć, co nawet najzdolniejsi czarodzieje potrafili zrobić ze swoim ciałem (albo z cudzym ciałem), gdy poszukiwali sławy, potęgi, urody, młodości lub bogactwa.
Nie były to miłe dla oka widoki, ale też napuchnięty, siny, związany w supeł język Stanleya – przypominający teraz zbyt wielką dżdżownicę, którą ktoś wcisnął do jego buzi, nie należał do miłych widoków.
- Niestety – odpowiedział poważnym tonem na pytanie Florence, ale jakby na przekór własnym słowom jego oczy jeszcze bardziej się roześmiały.
Gdy magomedyczka zaczęła swoją pracę, wreszcie cofnął się o krok. Obserwował z uznaniem jak radziła sobie z niesfornym pacjentem. Być może miał sporo szczęścia, że na wieczornej zmianie trafił akurat na nią a nie na kogoś mniej lotnego i bardziej flegmatycznego, kto pozwoliłby Stanleyowi odzyskać panowanie nad własnym językiem szybciej i zmusiłby ich nie tylko do wysłuchania długiej, pełnej oburzenia litanii przeciwko Nobby’emu Leachowi, ale również pijackich obietnic dorwania Wooda – a tu już Patrick musiałby zareagować bardziej stanowczo.
- Prześpij się Stanley, jutro będziesz widział wszystko w lepszych barwach – pożegnał leżącego a potem prędko, na tyle prędko by mężczyzna nie postanowił jednak zignorować zaleceń Florence, ewakuował się za nią z sali. – O tak. Kubek gorącej herbaty to coś, czego mi w tej chwili bardzo potrzeba. Nie mogę uwierzyć, że nawet ze splątanym językiem, ciągle próbował z nami dyskutować.
Szedł tuż obok Florence, od czasu do czasu rzucając krótkie spojrzenia czy to w stronę mijanych drzwi, czy innych ludzi na korytarzu. Może przemawiała przez niego ciekawość artysty, albo też po prostu tak bardzo nawykł do obserwowania otoczenia, że robił to nawet w czasie wolnym od pracy.
- A mi jakoś nie ulżyło – przyznał się szerze. Odwrotnie, przez chwilę nawiedziło go jakieś paskudne przeczucie, że tego wszystkiego było aż za dużo. Tak, o Ministrze Magii ludzie zawsze plotkowali, ale nie aż tak, nie w takiej skali. Z kolejnymi słowami zaczekał, dopóki nie znaleźli się w jakimś bardziej ustronnym miejscu. – O właśnie, wiesz może gdzie on się leczy? Czy pojawił się tutaj? Albo którego magomedyka do niego posłano? – zainteresował się, a potem uśmiechając krzywo, dodał – Bo wiesz… moja obrona honoru Ministra Magii polega na tym, że w jednych przypadkach reaguję trochę szybciej a w innych trochę wolniej...
Ani w jednym, ani w drugim przypadku Patrick nie był ekspertem, ale zdarzyło mu się już kilka razy zobaczyć, co nawet najzdolniejsi czarodzieje potrafili zrobić ze swoim ciałem (albo z cudzym ciałem), gdy poszukiwali sławy, potęgi, urody, młodości lub bogactwa.
Nie były to miłe dla oka widoki, ale też napuchnięty, siny, związany w supeł język Stanleya – przypominający teraz zbyt wielką dżdżownicę, którą ktoś wcisnął do jego buzi, nie należał do miłych widoków.
- Niestety – odpowiedział poważnym tonem na pytanie Florence, ale jakby na przekór własnym słowom jego oczy jeszcze bardziej się roześmiały.
Gdy magomedyczka zaczęła swoją pracę, wreszcie cofnął się o krok. Obserwował z uznaniem jak radziła sobie z niesfornym pacjentem. Być może miał sporo szczęścia, że na wieczornej zmianie trafił akurat na nią a nie na kogoś mniej lotnego i bardziej flegmatycznego, kto pozwoliłby Stanleyowi odzyskać panowanie nad własnym językiem szybciej i zmusiłby ich nie tylko do wysłuchania długiej, pełnej oburzenia litanii przeciwko Nobby’emu Leachowi, ale również pijackich obietnic dorwania Wooda – a tu już Patrick musiałby zareagować bardziej stanowczo.
- Prześpij się Stanley, jutro będziesz widział wszystko w lepszych barwach – pożegnał leżącego a potem prędko, na tyle prędko by mężczyzna nie postanowił jednak zignorować zaleceń Florence, ewakuował się za nią z sali. – O tak. Kubek gorącej herbaty to coś, czego mi w tej chwili bardzo potrzeba. Nie mogę uwierzyć, że nawet ze splątanym językiem, ciągle próbował z nami dyskutować.
Szedł tuż obok Florence, od czasu do czasu rzucając krótkie spojrzenia czy to w stronę mijanych drzwi, czy innych ludzi na korytarzu. Może przemawiała przez niego ciekawość artysty, albo też po prostu tak bardzo nawykł do obserwowania otoczenia, że robił to nawet w czasie wolnym od pracy.
- A mi jakoś nie ulżyło – przyznał się szerze. Odwrotnie, przez chwilę nawiedziło go jakieś paskudne przeczucie, że tego wszystkiego było aż za dużo. Tak, o Ministrze Magii ludzie zawsze plotkowali, ale nie aż tak, nie w takiej skali. Z kolejnymi słowami zaczekał, dopóki nie znaleźli się w jakimś bardziej ustronnym miejscu. – O właśnie, wiesz może gdzie on się leczy? Czy pojawił się tutaj? Albo którego magomedyka do niego posłano? – zainteresował się, a potem uśmiechając krzywo, dodał – Bo wiesz… moja obrona honoru Ministra Magii polega na tym, że w jednych przypadkach reaguję trochę szybciej a w innych trochę wolniej...