28.04.2023, 17:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2023, 17:46 przez Mellvyn Ollivander.)
Jak powiedziała, tak zamierzał zrobić. W jedną rękę wziął popielniczkę z paczką fajek, w drugą - moździerz z prochem i pamiątkowym banknotem, później ruszył do jej sypialni. Wierzył, że sama sobie z resztą poradzi, więc tylko posłał jej uśmiech, otwierając niezgrabnie drzwi.
Droga nie była daleka, może ze dwadzieścia kroków. Ale podczas stawiania ich, już zaczynał planować. Był jak dzieciak wpuszczony do sklepu ze słodyczami - nie mógł ani się zdecydować, ani nawet skupić. Chciał spróbować wszystkiego, najlepiej na raz. Nie było to fizycznie możliwe, więc, kurwa, może chociaż coś mocnego? Wiedział, że to głupi pomysł, ale pazur mu nie pomagał. Byle tylko jej nie odrzucił.
Rozłożył niesione przedmioty na szafce nocnej, pośpiesznie wsunął się pod kołdrę. Musiał szybko nagrzać ręce. I najlepiej też przestać szczękać zębami, to mogło wybijać z nastroju.
Przez chwilę zastanawiał się, jak może optymalnie rozłożyć ból, żeby był w stanie jak najdłużej się nim cieszyć, ale prędko uświadomił sobie coś istotnego... Wystarczyło, żeby spojrzał po niej od stóp do głów, gdy wchodziła do pokoju, by zrozumiał, że mu wcale nie chodziło o ból.
W tym zwiewnym, połyskliwym szlafroku wyglądała szczególnie majestatycznie, jak arystokratka z renesansowego obrazu. Przez okna wpadało pogodne, wczesnopopołudniowe światło, którego ciepłe, skośne promienie dramatycznie oświetlały jej sylwetkę, pozwalając mu dostrzec zarys mięśni na jej ramionach. Zatrzymał się przez chwilę, obserwując je. Podobały mu się, pociągały go. Chciał ich dotknąć, poczuć ich siłę, zobaczyć, jak wyglądają napięte, w pełnej okazałości.
Spojrzał po jej obojczykach, podążał w dół. Badał wzrokiem, jak mięśnie jej klatki przechodziły miękko w niewielkie piersi. Nagle oderwał od niej wzrok. Poczuł ukłucie wstydu, bo nie pozwoliła mu tam spojrzeć. Pewnie śmiałaby się z jego zakłopotania, ale on nie chciał niszczyć tej, cóż, czci, którą żywił do jej kobiecości. Nie chciał zobaczyć jej nago.
Wrócił do jej oczu i już wiedział. Chodziło mu o służbę. Chciał jej służyć, jakby czcił boginię łowów. Boginię śmierci i obfitości. Tę, która dzieliła, na słabych i silnych. Tę, która zabijała i karmiła. Tę, która raniła i która obdarowywała.
- Chciałbym przed tobą klęczeć. W którymś momencie - odezwał się zachrypniętym głosem, odruchowo ukrywając erekcję. - Moja Pani.
Zastanawiał się, czy kiedyś będzie miał szansę oglądać, jak zabija jakąś bestię. To byłoby bardzo... ekscytujące.
Droga nie była daleka, może ze dwadzieścia kroków. Ale podczas stawiania ich, już zaczynał planować. Był jak dzieciak wpuszczony do sklepu ze słodyczami - nie mógł ani się zdecydować, ani nawet skupić. Chciał spróbować wszystkiego, najlepiej na raz. Nie było to fizycznie możliwe, więc, kurwa, może chociaż coś mocnego? Wiedział, że to głupi pomysł, ale pazur mu nie pomagał. Byle tylko jej nie odrzucił.
Rozłożył niesione przedmioty na szafce nocnej, pośpiesznie wsunął się pod kołdrę. Musiał szybko nagrzać ręce. I najlepiej też przestać szczękać zębami, to mogło wybijać z nastroju.
Przez chwilę zastanawiał się, jak może optymalnie rozłożyć ból, żeby był w stanie jak najdłużej się nim cieszyć, ale prędko uświadomił sobie coś istotnego... Wystarczyło, żeby spojrzał po niej od stóp do głów, gdy wchodziła do pokoju, by zrozumiał, że mu wcale nie chodziło o ból.
W tym zwiewnym, połyskliwym szlafroku wyglądała szczególnie majestatycznie, jak arystokratka z renesansowego obrazu. Przez okna wpadało pogodne, wczesnopopołudniowe światło, którego ciepłe, skośne promienie dramatycznie oświetlały jej sylwetkę, pozwalając mu dostrzec zarys mięśni na jej ramionach. Zatrzymał się przez chwilę, obserwując je. Podobały mu się, pociągały go. Chciał ich dotknąć, poczuć ich siłę, zobaczyć, jak wyglądają napięte, w pełnej okazałości.
Spojrzał po jej obojczykach, podążał w dół. Badał wzrokiem, jak mięśnie jej klatki przechodziły miękko w niewielkie piersi. Nagle oderwał od niej wzrok. Poczuł ukłucie wstydu, bo nie pozwoliła mu tam spojrzeć. Pewnie śmiałaby się z jego zakłopotania, ale on nie chciał niszczyć tej, cóż, czci, którą żywił do jej kobiecości. Nie chciał zobaczyć jej nago.
Wrócił do jej oczu i już wiedział. Chodziło mu o służbę. Chciał jej służyć, jakby czcił boginię łowów. Boginię śmierci i obfitości. Tę, która dzieliła, na słabych i silnych. Tę, która zabijała i karmiła. Tę, która raniła i która obdarowywała.
- Chciałbym przed tobą klęczeć. W którymś momencie - odezwał się zachrypniętym głosem, odruchowo ukrywając erekcję. - Moja Pani.
Zastanawiał się, czy kiedyś będzie miał szansę oglądać, jak zabija jakąś bestię. To byłoby bardzo... ekscytujące.