Oczywiście, że John nie palił. Już się nawciągał tego podczas oczekiwania na doktorka. Śmierciożerca mógł uważać, że to potężne kaszlenie było znamienitą grą aktorską, ale nie. To po prostu umierające płuca.
Ez nie miał nic więcej do powiedzenia. Jak zwykle, przez większość czasu milczał. Czasem odpowiadał krótkim "dobrze" lub "dziękuję". Śmierciożerca wróży mu świetlaną przyszłość? Oby to światło było koloru zielonego, bo Silverstein chętnie zgodziłby się na taką "przyszłość". A piwa tak, napiłby się. Niestety nie przepadał za tym brytyjskim, a kremowe to w ogóle było paskudne. W niektórych pubach dało się znaleźć importowane niemieckie piwo, ale zdecydowanie nie był to dzień na picie. Szczególni w miejscach publicznych.
Ez skulił swój nieistniejący ogon, pożegnał się zwykłym "do widzenia" i smętnie poczłapał "w lewo", nie wzbudzając niczyich podejrzeń, bo tylko był jednym z wielu smutnych ludzi. Ale szybko zwinął się z miejsca wydarzeń, żeby nikt nie dostrzegł do tego dnia i czasem nie wziął na świadka w sprawie śmierci doktorka.
Czuł się paskudnie. Kiedy wciągnięto go pod skrzydła tworzącej się grupy Śmierciożerców, oczywistym było, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Ale od zawsze znajdował się za marginesem, więc żadnej nowości to nie stanowiło. Jednak poznanie motywów Czarnego Pana i jego postulatów zmieniło wszystko. Nie dołączył do "po prostu" kryminalistów. Dołączył do ludzi wierzących w ideę nienawiści związanej z pochodzeniem. Magiczni faszyści. Koszmar przodków powrócił, ale w niespodziewanej gorszej odsłonie. Tym razem on był po tej okrutnej stronie barykady.