Geraldine zachowywała się trochę jak w transie. Bardzo się zaangażowała w rozcinanie jego skóry. Zależało jej na tym, żeby wszystko było dokładne. Jeśli ona za to odpowiadała to musiało wyjść idealnie. Nie pozwoliła, aby ręka jej zadrżała nawet przez chwilę. Mogłoby się wydawać, że zajmuje się takimi czynnościami od zawsze. W zasadzie, to było w tym trochę prawdy, chociaż obiekt zgoła się się różnił od tych z którymi miała doczynienia zazwyczaj. Tylko, czy tak naprawdę była, aż tak wielka różnica między człowiekiem, a zwierzęciem? Zaczęła jej się teraz ona zacierać. Miała wrażenie, że to właściwie to samo, no może poza świadomością, bo jednak Mellvyn wiedział, co może się wydarzyć.
Yaxley miała wrażenie, że z każdą sekundą pojawia się coraz więcej krwi. Nie przeraziło jej to jednak, była obyta z takim widokiem. Fascynował ją. Oddychała spokojnie kiedy zakończyła swoje dzieło. Jakby jej to w ogóle nie poruszyło, przynajmniej takie sprawiała pozory. We wnątrz się gotowała, czuła, że przekroczyła pewną granicę i już nic nie będzie w stanie jej zatrzymać, będzie mogła zrobić wszystko.
Gerry postanowiła jeszcze przejechać palcem po tej ranie, którą uczyniła. Chciała poczuć ciepło krwi, która pojawiła się na jego klatce piersiowej. Bardzo delikatnie, dotknęła jego mostku, po czym zmierzała dalej, powoli, aby móc nacieszyć się tym uczuciem. Krew była ciepła i gęsta, taka sama jak zwierząt, które przyszło jej zabijać.
Poczuła ruch jego bioder, co upewniło ją w tym, że mimo przerażenia, jakie dostrzegła w jego oczach musiało mu to odpowiadać. Musiało mu również sprawiać satysfakcję. Czyli wszyscy byli zadowoleni, nie o to im właśnie chodziło? Chociaż do pełni zaspokojenia nadal jej czegoś brakowało, wszak to zbliżenie nie było takie do jakich przywykła. Wiedziała, że jeśli tylko wyda mu polecenie, to je wykona, póki co jednak jeszcze się powstrzymywała.