No i stało się. Lord Voldemord ogłosił się Czarnym panem. Oficjalnie rzucił na światło dzienne swoje postulaty. Wojna rozpoczęła się.
Gio dowiedział się o tym z pierwszej ręki. Sam był akurat w milusim zakątku swojego domostwa. Na szczęście grono, w którym się obracał, od dawno miało czarnoksiężnika na oku. Tak więc Urquart został szybko poinformowany o tym, co się stało. I że się stało.
Przyzywając skrzata, zażądał, by ten natychmiast deportował go do panny Yaxley. Jego ostoi spokoju i trzeźwego umysłu. Cóż, czasem to on był dla niej taką osobą, ale tym razem zdecydowanie ona będzie pełniła tą rolę.
Przed domem Geraldine padało, jak to na brytyjski listopad przystało. Gio nie zwracał uwagi na wodę, która w sekundę nadała mu wygląd mokrego szczura. Zastukał gwałtownie do drzwi.
— Geraldine! To ja, otwórz, szybko!
Zastukał raz jeszcze i nawet szarpnął za klamkę, a nóż drzwi nie były zakluczone i mógł po prostu wejść do środka.
Był chodzącą kulą paniki.