03.05.2023, 17:17 ✶
Wilhelm, Theon
Czarny Pan wyglądał na podejrzanie spokojnego w obliczu trwającego wokół was chaosu. Ponownie wyciągnął z kieszeni ciemnego płaszcza kamień będący powodem całego tego zamieszania i uniósł go do góry, tak aby widzieć jednocześnie jego i to rozgwieżdżone pomimo dnia niebo.
- Zadajesz mi pytania, na które ta magia sama dała ci odpowiedź. – Westchnął, przejeżdżając różdżką po chropowatej powierzchni skały. – Nie pokaże ci tego, co chcesz zobaczyć, dlaczego więc miałaby stworzyć ci ścieżkę prowadzącą do celu? – Ktoś mniej majestatyczny, ociekający sarkazmem, zaśmiałby się teraz zapewne i dał Wilhelmowi czas na ruszenie głową, ale Voldemort nie należał do osób, które w takich sytuacjach lubiły się pieścić, zwodzić na manowce, o ile sytuacja nie wymagała od niego zwyczajnej manipulacji. Zapytany, podał więc konkretną odpowiedź, nawet jeżeli uważał za rozczarowujące niepodjęcie się tej zagadki samodzielnie. Jego poplecznicy byli przecież tacy mądrzy. – Jest tylko jedno miejsce, które ta scenka próbuje ukryć przed naszym spojrzeniem – to mówiąc, skierował swoją uwagę w stronę wysokich krzewów uniemożliwiających przejście do lasu – miejsce, od którego próbuje was odsunąć – miał tu na myśli próbę odepchnięcia Theona w stronę stawu – miejsce, które w ogóle nie przykuło niczyjej uwagi.
Ściana drzew nie wyglądała na szczególnie łatwą do przekroczenia.
Istota, która pchnęła Theona, zatrzymała się w miejscu, spętana dobrze rzuconym zaklęciem.
- Bracie, nie chcesz tego zrobić – zawyła, wpatrując się w niego ludzkimi oczyma – nie chcesz walczyć z siłami, które panują nad tym światem.
Ale nie miała szans dodać nic więcej. Podzieliła los reszty – rzucona gdzieś w las, zamilkła.
- Czyżby? – Voldemort wycelował różdżką w krzewy i po chwili pognała w ich stronę fala ciepła. Śmierdziała popiołem na kilometr. Tak mocno, że nawet wy musieliście pociągnąć nosem – swąd czarnej magii był w jego przypadku tak silny, że nie szło pomylić go z kimkolwiek innym. Musieliście liczyć się z tym, że krocząc tą ścieżką, staniecie się tacy jak on. Przerażający, ale jednocześnie łatwi do przejrzenia. Tak silne spaczenie niosło ze sobą również pewne ograniczenia i słabości. Roślinność, w zetknięciu z tą falą, usychała. W podobny sposób, co ta wokół Voldemorta i Theona, chociaż Czarny Pan posyłający tam swoją energię wywołał o wiele większą falę zniszczenia, niż po prostu idąc.
Louvain
W pierwszej chwili, po rzuceniu tak krytycznie dobrego zaklęcia, zakręciło ci się w głowie. Nie mogłeś utrzymać równowagi i nagle upadłeś. Czułeś się tak, jakbyś znajdował się do góry nogami, a jakaś niewidzialna siła trzymała cię przy trawie, która znajdowała się tutaj zamiast nieba. Dojście do siebie zajęło ci kilka dobrych sekund, ale jako oklumenta, dzięki poprawnie wykonanemu rzutowi, mogłeś poczuć, w jaki sposób ta magia wkradała się do twojego umysłu. W ten sposób zdołałeś przejrzeć już całkowicie. Bajeczna oaza zniknęła na dobre.
Znajdowaliście się na Polanie Ognisk, a właściwie to w jej krzywym odbiciu. Alternatywna rzeczywistość wszystko oddała tutaj na opak. Knieja Godryka była wielkim, nieskończonym placem wypalonej ziemi, natomiast tam, gdzie w rzeczywistym świecie znajdowała się polana – tutaj widziałeś pełno trawy i karłowatych drzewek rosnących w taki sposób, że pochylały się na bok, jakby coś wciągało je do wielkiego wiru w samym jej centrum.
Kiedy Lord Voldemort uniósł w górę swoją różdżkę, ty nie zobaczyłeś umierających roślin. Widziałeś, jak chmura pyłu wzniosła się do góry, a Czarny Pan ruszył do przodu przez to wielkie pustkowie. Nie kierował się idealnie do tego wiru roślin i drzew, ale obrał całkiem precyzyjny kierunek, aby znaleźć się niedługo blisko nich.
Mavelle, Patrick, Victoria
Spadaliście. To było obrzydliwie nieprzyjemne uczucie – czuliście się tak, jakbyście mieli lecieć tak już przez wieczność, jakby wskoczenie w ognisko było największym i być może ostatnim błędem waszego życia. Byliście w tej pustce sami i samotni, nie słyszeliście tu nikogo i niczego, aż nie uderzyliście o taflę wody. Przez kilka długich sekund nie mogliście oddychać, aż wreszcie wynurzyliście się po drugiej stronie Polany. Nie wiedzieliście, gdzie jesteście, ale Victoria mogła rozpoznać tę ścieżkę. To było to samo miejsce, w którym widziała wcześniej Voldemorta i trójkę Śmierciożerców. Wiedziała więc w którą stronę się udać, ale nie widzieliście ich stąd. Leżeliście na brzegu strumienia i mogliście (bez rzutu) osuszyć swoje mundury przed ruszeniem w pogoń za Śmierciożercami – tam, gdzie Victoria widziała tajemniczą kobietę.