03.05.2023, 21:27 ✶
- W takim razie szłaś za Białym Królikiem – poinformował Pan Gąsienica, spoglądając na nią i marszcząc przy tym brwi. Zdawał się tym odrobinę zaniepokojony i to mimo tego, że opary fajki ewidentnie przyćmiły nieco jego zmysły. W jego zaćmionych oczach pojawił się jakby cień podejrzliwości. – Uważaj na Białego Królika. Jest sługą Czerwonej Królowej – ostrzegł. – Jeżeli on cię tu ściągnął, być może działał na jej rozkaz.
Dmuchnął Lecie kolorowym dymem prosto w twarz, kiedy powiedziała, że mogłaby spaść na niego. A potem ostentacyjnie odwrócił głowę i nie odpowiedział już na żadne z jej pytań: ani jaka znowu królowa, ani czy utnie jej głowę za uszkodzenie grzyba, ani nawet gdzie znajdzie kota z Cheshire. Najwyraźniej obraził się za to, że nie okazała należytej skruchy po tym, jak spadła z nieba prosto na jego grzyb. Pykał fajkę w upartym milczeniu, ignorując obecność kobiety.
By dostać się do domku, musiała zeskoczyć z grzyba. Odległość, zwłaszcza dla kogoś o jej wzroście, była dość spora, ale nie na tyle, aby zrobiła sobie krzywdę. Śpiew w tym czasie umilkł.
Nikt nie odpowiedział na jej stukanie, ale drzwi same lekko się uchyliły, ukazując wnętrze. Zdawało się dużo większe niż pozwalałby na to rozmiar samego domku, Alethea jednak przecież wielokrotnie spotykała się z zaklęciami powiększającymi w świecie czarodziejów. Sam wygląd dla mugola byłby dziwny ogromnie, dla niej zaś… mógł być przeciętnie dziwaczny.
Przede wszystkim, drzwi z bliska okazały się mieć kształt dziurki od klucza. Ich futryny po drugiej stronie porastały gęsto rośliny. Pomieszczenie za nimi nie miało podłogi: zamiast niej znajdowała się trawa i kwiaty. Rośliny porastały także sufit, a trawa pokrywała ściany. Crouchówna dostrzegła dalej długą ladę, ozdobioną kartami. Za ladą siedziała kobieta, tuląca do siebie tobołek, być może z dzieckiem: bardzo przypominała Lecie Anneleight, z którą była na jednym roku w Slytherinie. Być może to ona była tą kucharką, o której wspominał niedawny rozmówca Lety? Obok niej, a konkretnie na ladzie, siedział bardzo szeroko uśmiechnięty kot. W pomieszczeniu kobieta zobaczyła także kilka huśtawek: miała wrażenie, że kojarzy twarze kilku osób, które się na nich huśtały.
I stoliki, wszystkie zrobione z porozcinanych pni drzew. Dwa z nich szczególnie rzucały się w oczy.
Przy jednym z nich, w jednym kącie Sali, siedział zając o ludzkiej twarzy oraz mężczyzna w kapeluszu. Ten pierwszy miał twarz Ulyssesa Rookwooda, ten drugi Cathala Shafiqa. Obaj popijali herbatki z filiżanek, przy stole, na którym czajnik kręcił się w kółko, rozlewając wokół herbatę, a kilka innych filiżanek podskakiwało niecierpliwie, jakby rzucono w nie jakieś zaklęcie.
W drugim kącie sali natomiast przy okrągłym stoliku, na pniakach siedzieli karciani rycerze. O ścianę podparte były ich halabardy. Każdy z nich miał ręce oraz nogi, ale ich tułowia zastępowały cienkie karty. I każdy z nich w dłoniach trzymał karty: najwyraźniej trwała tam zacięta rozgrywka. Pośród nich Alethea dostrzegła także Białego Królika, który bez wątpienia miał frak i cylinder, ale teraz w łapach zamiast zegarka trzymał karty. Według Pana Gąsienicy, to on sprowadził Crouchównę do tego przedziwnego miejsca…
Gdy uniósł nieco głowę, zobaczyła, że ma twarz Jamila Anwara.
Dmuchnął Lecie kolorowym dymem prosto w twarz, kiedy powiedziała, że mogłaby spaść na niego. A potem ostentacyjnie odwrócił głowę i nie odpowiedział już na żadne z jej pytań: ani jaka znowu królowa, ani czy utnie jej głowę za uszkodzenie grzyba, ani nawet gdzie znajdzie kota z Cheshire. Najwyraźniej obraził się za to, że nie okazała należytej skruchy po tym, jak spadła z nieba prosto na jego grzyb. Pykał fajkę w upartym milczeniu, ignorując obecność kobiety.
By dostać się do domku, musiała zeskoczyć z grzyba. Odległość, zwłaszcza dla kogoś o jej wzroście, była dość spora, ale nie na tyle, aby zrobiła sobie krzywdę. Śpiew w tym czasie umilkł.
Nikt nie odpowiedział na jej stukanie, ale drzwi same lekko się uchyliły, ukazując wnętrze. Zdawało się dużo większe niż pozwalałby na to rozmiar samego domku, Alethea jednak przecież wielokrotnie spotykała się z zaklęciami powiększającymi w świecie czarodziejów. Sam wygląd dla mugola byłby dziwny ogromnie, dla niej zaś… mógł być przeciętnie dziwaczny.
Przede wszystkim, drzwi z bliska okazały się mieć kształt dziurki od klucza. Ich futryny po drugiej stronie porastały gęsto rośliny. Pomieszczenie za nimi nie miało podłogi: zamiast niej znajdowała się trawa i kwiaty. Rośliny porastały także sufit, a trawa pokrywała ściany. Crouchówna dostrzegła dalej długą ladę, ozdobioną kartami. Za ladą siedziała kobieta, tuląca do siebie tobołek, być może z dzieckiem: bardzo przypominała Lecie Anneleight, z którą była na jednym roku w Slytherinie. Być może to ona była tą kucharką, o której wspominał niedawny rozmówca Lety? Obok niej, a konkretnie na ladzie, siedział bardzo szeroko uśmiechnięty kot. W pomieszczeniu kobieta zobaczyła także kilka huśtawek: miała wrażenie, że kojarzy twarze kilku osób, które się na nich huśtały.
I stoliki, wszystkie zrobione z porozcinanych pni drzew. Dwa z nich szczególnie rzucały się w oczy.
Przy jednym z nich, w jednym kącie Sali, siedział zając o ludzkiej twarzy oraz mężczyzna w kapeluszu. Ten pierwszy miał twarz Ulyssesa Rookwooda, ten drugi Cathala Shafiqa. Obaj popijali herbatki z filiżanek, przy stole, na którym czajnik kręcił się w kółko, rozlewając wokół herbatę, a kilka innych filiżanek podskakiwało niecierpliwie, jakby rzucono w nie jakieś zaklęcie.
W drugim kącie sali natomiast przy okrągłym stoliku, na pniakach siedzieli karciani rycerze. O ścianę podparte były ich halabardy. Każdy z nich miał ręce oraz nogi, ale ich tułowia zastępowały cienkie karty. I każdy z nich w dłoniach trzymał karty: najwyraźniej trwała tam zacięta rozgrywka. Pośród nich Alethea dostrzegła także Białego Królika, który bez wątpienia miał frak i cylinder, ale teraz w łapach zamiast zegarka trzymał karty. Według Pana Gąsienicy, to on sprowadził Crouchównę do tego przedziwnego miejsca…
Gdy uniósł nieco głowę, zobaczyła, że ma twarz Jamila Anwara.