29.10.2022, 23:38 ✶
Patrick uniósł brwi słysząc o wcześniejszym pobycie Stanleya w Św. Mungo. Nie żeby się jakoś szczególnie zdziwił, ale… Najwidoczniej czarodziej ten należał do tej niezłomnej grupy ludzi, którzy po piętnastym uderzeniu się młotkiem w głowę, próbowali po raz kolejny z nadzieją, że tym razem uzyskają inny efekt niż kolejny siniak.
Patrick miał na sobie flanelową koszulę w dużą kratę. Była trochę wygnieciona a przez ciąganie Stanleya, straciła jeden z guzików. Zanim przysiadł na krześle, powiódł wzrokiem po tym, co znajdowało się w niewielkim pomieszczeniu, które chyba służyło magomedykom za miejsce do przebrania się przed zmianą i po zmianie oraz chwilowego wyciszenia się, gdy pacjenci zaczynali za bardzo dawać w kość.
- Ja przekleństwa na Ministra Magii słyszę każdego dnia – przyznał, ale z racji na jego zawód tego akurat Florence mogła się spodziewać. – I mnóstwo plotek. O kochance, drugiej kochance, alkoholu, większej ilości alkoholu, przekrętach, które popełnia albo które zamierza popełnić… - wyliczył. – A uwierz mi, że jeszcze nie przeszedłem do tych absurdalnych plotek na jego temat.
Pewnego razu spędził nawet dobrą godzinę wysłuchując czarownicy, która była przekonana, że w środku nocy Nobby Leach wyrwał cały dyptam z jej ogrodu. To była jedna z tych spraw, w których Patrick nie wiedział czy powinien roześmiać się na głos, czy też na znak desperacji uderzyć własnym czołem w blat biurka.
Pokiwał głową, gdy mówiła o tym kto leczył Leacha. Nie był aż takim paranoikiem by zakładać, że ktoś celowo próbował otruć Ministra Magii (gdyby tak było, biur aurorów zostałoby przecież postawione w stan gotowości), ale zakładał, że niejedna czarownica lub czarodziej, mogli chcieć mu dopiec. Zwłaszcza jeśli dali wiarę roztaczającym się dookoła niego plotkom.
Uśmiechnął się blado. Słowa Florence brzmiały jak lekka paranoja.
- Czasem myślę, że lepiej dla niego byłoby, gdyby porzucił ten urząd. A potem myślę, że nie powinien, bo jeśli odejdzie to będzie jasny sygnał dla wszystkich, że w Ministerstwie Magii nie ma miejsca dla bardzo określonej grupy czarodziejów. Bez obrazy – ostatnie zdanie dodał tylko dlatego, że Florence miała na nazwisko Bulstrode. I chociaż znał ją z Hogwartu, pracowała w Św. Mungo, wciąż w jej żyłach płynęła czysta krew a Patrick nie mógł być do końca pewien, czy przez to nie uważała się za trochę lepszą od tych urodzonych z mniej szlachetną krwią.
Wzruszył beztrosko ramionami. A potem odebrał od niej filiżankę z herbatą.
- Mam tylko dwie ręce i dwie nogi. Mogłem albo zbierać Stanleya, albo gonić za Woodem – zauważył pogodnie. Życie obfitowało w trudne wybory. A zresztą on był po pracy, więc właściwie to prawie tak, jakby go tam w ogóle nie było. – Jutro obaj przetrzeźwieją i pogodzą się. A przynajmniej tak mi się wydaje. W końcu, jeśli dobrze pamiętam to Wood jest ojcem chrzestnym którejś z córek Stanleya.
Patrick miał na sobie flanelową koszulę w dużą kratę. Była trochę wygnieciona a przez ciąganie Stanleya, straciła jeden z guzików. Zanim przysiadł na krześle, powiódł wzrokiem po tym, co znajdowało się w niewielkim pomieszczeniu, które chyba służyło magomedykom za miejsce do przebrania się przed zmianą i po zmianie oraz chwilowego wyciszenia się, gdy pacjenci zaczynali za bardzo dawać w kość.
- Ja przekleństwa na Ministra Magii słyszę każdego dnia – przyznał, ale z racji na jego zawód tego akurat Florence mogła się spodziewać. – I mnóstwo plotek. O kochance, drugiej kochance, alkoholu, większej ilości alkoholu, przekrętach, które popełnia albo które zamierza popełnić… - wyliczył. – A uwierz mi, że jeszcze nie przeszedłem do tych absurdalnych plotek na jego temat.
Pewnego razu spędził nawet dobrą godzinę wysłuchując czarownicy, która była przekonana, że w środku nocy Nobby Leach wyrwał cały dyptam z jej ogrodu. To była jedna z tych spraw, w których Patrick nie wiedział czy powinien roześmiać się na głos, czy też na znak desperacji uderzyć własnym czołem w blat biurka.
Pokiwał głową, gdy mówiła o tym kto leczył Leacha. Nie był aż takim paranoikiem by zakładać, że ktoś celowo próbował otruć Ministra Magii (gdyby tak było, biur aurorów zostałoby przecież postawione w stan gotowości), ale zakładał, że niejedna czarownica lub czarodziej, mogli chcieć mu dopiec. Zwłaszcza jeśli dali wiarę roztaczającym się dookoła niego plotkom.
Uśmiechnął się blado. Słowa Florence brzmiały jak lekka paranoja.
- Czasem myślę, że lepiej dla niego byłoby, gdyby porzucił ten urząd. A potem myślę, że nie powinien, bo jeśli odejdzie to będzie jasny sygnał dla wszystkich, że w Ministerstwie Magii nie ma miejsca dla bardzo określonej grupy czarodziejów. Bez obrazy – ostatnie zdanie dodał tylko dlatego, że Florence miała na nazwisko Bulstrode. I chociaż znał ją z Hogwartu, pracowała w Św. Mungo, wciąż w jej żyłach płynęła czysta krew a Patrick nie mógł być do końca pewien, czy przez to nie uważała się za trochę lepszą od tych urodzonych z mniej szlachetną krwią.
Wzruszył beztrosko ramionami. A potem odebrał od niej filiżankę z herbatą.
- Mam tylko dwie ręce i dwie nogi. Mogłem albo zbierać Stanleya, albo gonić za Woodem – zauważył pogodnie. Życie obfitowało w trudne wybory. A zresztą on był po pracy, więc właściwie to prawie tak, jakby go tam w ogóle nie było. – Jutro obaj przetrzeźwieją i pogodzą się. A przynajmniej tak mi się wydaje. W końcu, jeśli dobrze pamiętam to Wood jest ojcem chrzestnym którejś z córek Stanleya.