Nie wiedział, czy dobrze postępował, organizując to spotkanie. Bądź co bądź, oryginalne ustalenia były zgoła inne. Organizacja pragnęła pozyskać składniki rzemieślnicze oraz alchemiczne od kogoś zaufanego, a przy tym obytym w pracy ze zwierzętami. Zdecydowanie chodziło o materiały z wyższej półki; coś, czego nie można było dostać ot tak w pierwszym lepszym zakładzie czy na bazarze, w co bardziej podejrzanych dzielnicach miasta. Przy tym osobom przodującym w łańcuchu dowodzenia zależało na poszerzeniu siatki kontaktów. Erik to rozumiał i w całości popierał. Tylko że nie spodziewał się, że z uwagi na różne zbiegi okoliczności, rola... minimalnego wtajemniczenia Geraldine przypadnie właśnie jemu.
Będziesz musiał się przemóc. Takich spraw pewnie będzie więcej, pomyślał, wpatrując się w swoje odbicie w pękniętym lustrze. Właściciele baru raczej niezbyt dbali o to, aby męska toaleta zachowywała, chociaż pozory estetyczności. Wyjątkowo Longbottom nawet pasował do tego obrazu; poznaczona znakami zmęczenia twarz, nieco stłumiony blask w oczach i ciemne ubranie, które miało pomóc mu nieco zniknąć w tłumie. Na tyle, o ile taki olbrzym jak on mógł wtopić się wśród gości. Wziął głęboki oddech i po raz ostatni zwilżył twarz chłodną wodą, po czym wrócił na salę. Panna Yaxley powinna już tu być.
— Miło cię widzieć, Ger — przywitał się, unosząc minimalnie kąciki ust, gdy w końcu ją znalazł. Skinął w jej stronę głową w geście szacunku. — Wybacz, że spotykamy się w takim miejscu, ale lepsze to niż wejście do Ministerstwa. — Zaśmiał się zdawkowo. — Za dużo tam ciekawskich. W tym tych sępów z gazet. — Pokręcił z niedowierzaniem głową, jakby nie potrafił odgadnąć, czemu dziennikarzy tak ciągnie do coraz to nowych plotek. — Zamawiałaś już coś?
Dosiadł się do stolika, przytulając się ramieniem do chłodnej ściany. Otaksował kobietę uważnym spojrzeniem. Pamiętał, jak mu się zwierzyła ze swoich trosk i ciężko mu było o tym zapomnieć. Zwłaszcza w kontekście tego, o co chciał ją prosić. Nie mógł powiedzieć, że ufał Geraldine bezgranicznie, jednak byli ze sobą na tyle blisko, że wiedział, iż więcej ich łączy, niż dzieli. Zwłaszcza w kwestii napięć polityczno-społecznych, które obecnie królowały na ulicach. Czasami można było odnieść wrażenie, że już nikt nie był w pełni bezpieczny.
— Ładna... koszula — skomentował z krzywym uśmiechem, wracając wzrokiem do karty drinków i przekąsek. Dosyć stereotypowo narysowana wiedźma z garbatym nosem, odziana w czarno-fioletowe szaty, przeskakiwała ze strony na stronę, sugerując klientom najpopularniejsze pozycje z menu. — Chyba dzisiaj to ty poprawiasz naszą ogólną prezencję. — Podrapał się po policzku. — Myślę nad małą porcją ognistej i koszykiem krążków cebulowych. Bierzemy na dwoje?
Uniósł pytająco brwi, podając jej numery pozycji z listy.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞