— Z dwojga złego wolę podejście mamy. Na gruzie i kwasie nie jest łatwo przeżyć — rzucił z wyczuwalną dozą niepewności.
Na szczęście nie zdarzyło mu się do tej pory testować tej teorii. I naprawdę liczył, że nie będzie musiał. Szkolenie na brygadzistę i detektywa nie obejmowało tego typu eksperymentów. Lepiej, żeby tak pozostało. Wolał już eksplorować tajne restauracje, jak ta, do której zaprowadził go jakiś czas temu Perseusz Black. Wprawdzie niezbyt pasował do tamtejszej klienteli, ale wolał to, niż formowanie fałszywych pączków z błota i liści.
Parsknął cichym śmiechem na komentarz siostry. Faktycznie, wielka strata, że nie nie zaopatrzyli się w większe zapasy. Uradowałoby to zarówno Brennę, jak i sprzedawcę, który zażyczyłby sobie wysokiej ceny za takie fanaberie rodzeństwa. Ehh... Rzadko kiedy można było mieć czegoś duże ilości, a jednocześnie mało za to zapłacić. W takim to właśnie świecie żyli.
— To nawet my jesteśmy bardziej odpowiedzialni, a adoptowaliśmy nadprogramową liczbę zwierząt pod wpływem chwili — skomentował, spoglądając kwaśno na teriera. Ktoś zdecydowanie nie zajmował się nim dostatecznie dobrze. Może decyzja o przyjęciu pod swój dach trójki mugolskich psów nie była szczególnie mądra, ale na razie nie doszło też u nich do żadnej katastrofy. Nikt nie umarł, meble były w całkiem dobrym stanie. Udało im się wybronić.
W innych okolicznościach może by się nawet zaśmiał, widząc Brennę z jedzeniem buzi, ciskającą zaklęciami z równie dużą intensywnością, z którą na co dzień wypluwała z siebie ciekawostki na temat mugolskiej popkultury. Teraz jednak ani trochę nie było mu do śmiechu, gdyż był autentycznie przerażony tym, czego był świadkiem. Jak to dobrze, że dziewczyna miała taki dobry refleks. Gdyby nie ona, byłoby po nim, pomyślał, dopiero teraz zauważając, że jego gofr również wylądował na ziemi. Cóż, to nie było teraz ważne. Tę stratę będą opłakiwać później.
— Sprowadzę go — zakomunikował nerwowo, podbiegając do zawieszonego w powietrzu psa. Zwierzak wydawał się skonfundowany i nieco przestraszony. Pytanie tylko, czy tym, że na jakimś poziomie świadomości zdał sobie sprawę z tego, co próbował zrobić, czy też to magia czarodziejów wywarła na nim takie wrażenie. — Chodź tu kochany. Chodź, nic ci nie zrobimy. — Wyciągnął ręce ku psiakowi, kierując do niego słowa wypowiadane z niepodważalną wręcz czułością. Dzięki sporemu wzrostowi nie musiał nawet prosić siostry, aby obniżyła pułap „lotu” ich niedoszłego samobójcy.
Na Merlina, co za trauma, pomyślał, biorąc psa na ręce. Trzymał go na tyle mocno, aby ten nie mógł się po prostu wyrwać przy pierwszym lepszym wierzgnięciu. Podszedł do Brenny, jednak nie zatrzymał się przy niej, a zamiast tego ruszył w stronę, z której przyszli, aby odejść z mostu i przenieść się bliżej linii drzew. Z dala od wścibskich oczu i z dala od przepaści. Erik pokręcił głową, klepiąc psa po boku.
— Dobrze, że tu byliśmy — mruknął, nie do końca jeszcze kontaktując. — Nie przewidziałem, że trafimy na coś takiego, ale dobrze, że tu przyszliśmy. To był jakiś... odruch? Spontaniczna decyzja? Nie wiem, magia? Zwierzęta się chyba tak normalnie nie zachowują, co nie?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞