04.05.2023, 09:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2023, 09:33 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zawsze uważała, że niezbyt nadawała się na dowódcę – i była to prawda, bo w domu Longbottomów to jej brat miał więcej naturalnej charyzmy i aurę, która sprawiała, że ludzie byli skłonni go słuchać. Miała się zajmować Heather, by zaznajomić ją z nową pracą, nie nią dyrygować albo rozkazywać, więc gdyby Wood zasugerowała inną miejscówkę, Brenna na pewno wzięłaby to pod uwagę.
- Też powtórzyłam, chociaż ze wstydem przyznaję, że tak dawno nie wyczarowywałam patronusa, że boję się efektów – powiedziała, posyłając Heather uśmiech. Ona obawiała się nie tyle zrobienia z siebie głupka, ile myśli… że nie jest już w stanie wyczarować patronusa. A jeżeli tak było, to miała poważny problem i to podwójnie. Ze względu na przyczyny takiego stanu rzeczy oraz to, że stałaby się bezbronna wobec niektórych zaklęć i nie mogła szybko przekazywać wiadomości.
Odsunęła tę myśl na bok. Mogła ją rozproszyć. W końcu w przypadku tego zaklęcia, liczyły się emocje.
– To co? Szczęśliwe wspomnienie?
Brenna, na całe szczęście, miała kochającą rodzinę i kochających przyjaciół, więc odnalezienie takiego wspomnienia nie było trudne. Sięgnęła po jedno, tak dawne, że już trochę zamazane, ale niosące ze sobą pokłady dodatkowego sentymentu, bo pochodziło z czasów, zanim wszystko stało się takie… trudne. Myślała o pierwszym dniu w Hogwarcie: pierwszych krokach w Wielkiej Sali, i tym, jak po kilkunastu sekundach wahania, Tiara wykrzyknęła Gryffindor, a Brenna (zapewne ku rozbawieniu innych uczniów), zrobiła z siebie przedstawienie, biegnąc ku stołowi Gryfonów, żeby rzucić się w ramiona najpierw Erikowi, a potem Mavelle.
A gdzieś tam, w tym wspomnieniu, były inne znajome twarze, ludzie, których dopiero miała poznać i na swój sposób pokochać.
- Expecto patronum – powiedziała, chcąc sobie pomóc przez użycie magii werbalnej. Wykonała różdżką nieco skomplikowany gest, i…
Z jej krańca wyłoniła się srebrzysta wilczyca. Nie była może tak jaśniejąca, jak mogłaby być, gdyby serce Brenny było w zupełności nieskalane, ale doskonale ukształtowała, niosła ze sobą smugi srebrzystego światła, które wypełniły blaskiem polane. Przebiegła wokół Heather i Brenny, a Longbottom aż uniosła brwi.
- To chyba naprawdę jest bardzo szczęśliwe wspomnienie – oświadczyła z pewnym namysłem, bo nie spodziewała się, że pójdzie jej aż tak dobrze za pierwszym razem. Wyciągnęła rękę, a wilczyca przysiadła tuż przed nią i zdawało się, że wącha dłoń – chociaż nie mogły tak naprawdę się dotknąć, Brenna i patronus, będący fragmentem jej duszy.
- Też powtórzyłam, chociaż ze wstydem przyznaję, że tak dawno nie wyczarowywałam patronusa, że boję się efektów – powiedziała, posyłając Heather uśmiech. Ona obawiała się nie tyle zrobienia z siebie głupka, ile myśli… że nie jest już w stanie wyczarować patronusa. A jeżeli tak było, to miała poważny problem i to podwójnie. Ze względu na przyczyny takiego stanu rzeczy oraz to, że stałaby się bezbronna wobec niektórych zaklęć i nie mogła szybko przekazywać wiadomości.
Odsunęła tę myśl na bok. Mogła ją rozproszyć. W końcu w przypadku tego zaklęcia, liczyły się emocje.
– To co? Szczęśliwe wspomnienie?
Brenna, na całe szczęście, miała kochającą rodzinę i kochających przyjaciół, więc odnalezienie takiego wspomnienia nie było trudne. Sięgnęła po jedno, tak dawne, że już trochę zamazane, ale niosące ze sobą pokłady dodatkowego sentymentu, bo pochodziło z czasów, zanim wszystko stało się takie… trudne. Myślała o pierwszym dniu w Hogwarcie: pierwszych krokach w Wielkiej Sali, i tym, jak po kilkunastu sekundach wahania, Tiara wykrzyknęła Gryffindor, a Brenna (zapewne ku rozbawieniu innych uczniów), zrobiła z siebie przedstawienie, biegnąc ku stołowi Gryfonów, żeby rzucić się w ramiona najpierw Erikowi, a potem Mavelle.
A gdzieś tam, w tym wspomnieniu, były inne znajome twarze, ludzie, których dopiero miała poznać i na swój sposób pokochać.
- Expecto patronum – powiedziała, chcąc sobie pomóc przez użycie magii werbalnej. Wykonała różdżką nieco skomplikowany gest, i…
Z jej krańca wyłoniła się srebrzysta wilczyca. Nie była może tak jaśniejąca, jak mogłaby być, gdyby serce Brenny było w zupełności nieskalane, ale doskonale ukształtowała, niosła ze sobą smugi srebrzystego światła, które wypełniły blaskiem polane. Przebiegła wokół Heather i Brenny, a Longbottom aż uniosła brwi.
- To chyba naprawdę jest bardzo szczęśliwe wspomnienie – oświadczyła z pewnym namysłem, bo nie spodziewała się, że pójdzie jej aż tak dobrze za pierwszym razem. Wyciągnęła rękę, a wilczyca przysiadła tuż przed nią i zdawało się, że wącha dłoń – chociaż nie mogły tak naprawdę się dotknąć, Brenna i patronus, będący fragmentem jej duszy.
Rzut T 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.