04.05.2023, 11:14 ✶
- Bardzo bym chciała, żeby tak było, Heath. Ale naprawdę dobra jestem właściwie tylko w kształtowaniu i transmutacji, poza tym popełniłam w życiu sporo błędów – przyznała Brenna z westchnieniem, spoglądając na wilczycę.
Podobno wilki były patronusami osób, które wybierały ścieżki trudne, ale satysfakcjonujące. Pewnie to nawet do niej pasowało, chociaż czasem obierała drogi nazbyt trudne. Sama jednak zawsze uważała, że wilk był jej zwierzęciem totemicznym dlatego, że żyły w stadzie. A ona, czy to z powodu wychowania, czy ze względu na charakter, nie potrafiłaby funkcjonować bez tego.
- Myślę, że było – stwierdziła, uśmiechając się lekko. Niosło ze sobą duży ładunek emocjonalny, zapewne trudny do zrozumienia dla kogoś, kto po prostu by je zobaczył: jedenastoletnią dziewczynkę, biegnącą do stołu Gryffindoru. A przecież nie chodziło o sam przydział, ale wszystko, co dał jej Hogwart, o brata i kuzynkę, o przyjaciół, których miała dopiero poznać.
- Pewnie to pierwsze nie było dość szczęśliwe – zgodziła się, kiedy Heather nie wyszło za pierwszym razem. To też był element ich przygotowania: musiały zapamiętać, które wspomnienia przynoszą najlepszy rezultat. Wbrew pozorom nie każdemu w obliczu takiego dementora łatwo było przywołać jakieś szczęśliwe wspomnienie. Brenna i Heather i tak miały sporo szczęścia, bo obie wychowywały się w kochających rodzinach i miały przyjaciół. Istnieli ludzie, którzy w takiej chwili mogliby mieć wątpliwości, czy w ogóle mają odpowiednienie wspomnienie…
– Wiewiórka? Spodziewałabym się czegoś latającego – skwitowała z rozbawieniem. Twarz Brenny rozjaśnił uśmiech, kiedy na polanie zmaterializowała się wiewiórka. Zadowolenie szybko jednak zmieszało się z czymś na kształt goryczy. Chociaż wiewiórka była trochę mniej ukształtowana niż wilk, to płonęła innym rodzajem światła.
I nie, to nie tak, że Brenna zazdrościła tego Heather. Wiedziała, jaką ścieżką idzie, i dlaczego ją obrała. Ale bolała ją myśl o tym, że świat wyglądał teraz tak, jak wyglądał. Że te trzy lata temu mogła rzucić patronusa równie jasnego, jak ten Heather, ale ta jasność zbladła, wraz z kolejnymi skokami w wizje pełne śmierci, z nienawiścią wobec Voldemorta, która stawała się coraz silniejsza.
I jeszcze bardziej bolało ją, że jeżeli pociągnie Wood za sobą – a było jasne, że pozostawanie z boku tej nie zadowoli – światło jej patronusa również przygaśnie.
Może kiedyś zgaśnie całkowicie.
Jakby w odpowiedzi na te myśli, patronus Brenny przybladł, a potem znikł.
– To co? Po jeszcze jednej próbie, dla rozgrzewki? – spytała lekko.
Podobno wilki były patronusami osób, które wybierały ścieżki trudne, ale satysfakcjonujące. Pewnie to nawet do niej pasowało, chociaż czasem obierała drogi nazbyt trudne. Sama jednak zawsze uważała, że wilk był jej zwierzęciem totemicznym dlatego, że żyły w stadzie. A ona, czy to z powodu wychowania, czy ze względu na charakter, nie potrafiłaby funkcjonować bez tego.
- Myślę, że było – stwierdziła, uśmiechając się lekko. Niosło ze sobą duży ładunek emocjonalny, zapewne trudny do zrozumienia dla kogoś, kto po prostu by je zobaczył: jedenastoletnią dziewczynkę, biegnącą do stołu Gryffindoru. A przecież nie chodziło o sam przydział, ale wszystko, co dał jej Hogwart, o brata i kuzynkę, o przyjaciół, których miała dopiero poznać.
- Pewnie to pierwsze nie było dość szczęśliwe – zgodziła się, kiedy Heather nie wyszło za pierwszym razem. To też był element ich przygotowania: musiały zapamiętać, które wspomnienia przynoszą najlepszy rezultat. Wbrew pozorom nie każdemu w obliczu takiego dementora łatwo było przywołać jakieś szczęśliwe wspomnienie. Brenna i Heather i tak miały sporo szczęścia, bo obie wychowywały się w kochających rodzinach i miały przyjaciół. Istnieli ludzie, którzy w takiej chwili mogliby mieć wątpliwości, czy w ogóle mają odpowiednienie wspomnienie…
– Wiewiórka? Spodziewałabym się czegoś latającego – skwitowała z rozbawieniem. Twarz Brenny rozjaśnił uśmiech, kiedy na polanie zmaterializowała się wiewiórka. Zadowolenie szybko jednak zmieszało się z czymś na kształt goryczy. Chociaż wiewiórka była trochę mniej ukształtowana niż wilk, to płonęła innym rodzajem światła.
I nie, to nie tak, że Brenna zazdrościła tego Heather. Wiedziała, jaką ścieżką idzie, i dlaczego ją obrała. Ale bolała ją myśl o tym, że świat wyglądał teraz tak, jak wyglądał. Że te trzy lata temu mogła rzucić patronusa równie jasnego, jak ten Heather, ale ta jasność zbladła, wraz z kolejnymi skokami w wizje pełne śmierci, z nienawiścią wobec Voldemorta, która stawała się coraz silniejsza.
I jeszcze bardziej bolało ją, że jeżeli pociągnie Wood za sobą – a było jasne, że pozostawanie z boku tej nie zadowoli – światło jej patronusa również przygaśnie.
Może kiedyś zgaśnie całkowicie.
Jakby w odpowiedzi na te myśli, patronus Brenny przybladł, a potem znikł.
– To co? Po jeszcze jednej próbie, dla rozgrzewki? – spytała lekko.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.