04.05.2023, 16:51 ✶
- Zapamiętam, nie martw się o to – powiedział i zdążył zapomnieć, co mu przekazała, nim jeszcze zdążył dokończyć zdanie. Był zbyt zamyślony tym, czy operacja się uda, by być w stanie zapisać coś w swojej pamięci na dłużej.
- Mackenzie, nie zrozumiesz tego, bo w przeciwieństwie do mnie nie jesteś matką – odparł bez złośliwości w głosie. Po prostu przedstawiał fakty. Nie mogła zrozumieć zależności, jakie tworzyły się przy dzieciach, bo żadnego nie miała.
- Rodzica i dziecko łączy specjalna, nie do opisania więź. Wystarczy, że na niego spojrzę i będę wiedział, co chodzi mu po głowie – wyjaśnił cierpliwie dziewczynie, w której ciele jeszcze nigdy nic nie wyrosło wbrew jej woli. On miał inny od niej punkt widzenia, bo los obdarował go pociechą. Do chodzenia po mieście z kaktusem na głowie nie czuł się przygotowany, ale macierzyństwo roślinki to inna para kaloszy. Był przekonany, że sobie poradzi.
- Nazwę go Theodore Junior – oznajmił i skrzywił się, bo czuł powoli odchodzące korzenie. Nie było tak bolesne, jak się spodziewał, ale wciąż towarzyszyło temu nieprzyjemne uczucie, zwłaszcza wtedy, gdy któryś z korzeni wmieszał się we włosy. Jego ciało w trakcie operacji było przez to tak nienaturalnie spięte, że aż zaczął go boleć kark. Starał się jednak nie poruszać głową, by nie pogorszyć sprawy, a swoje emocje pokazywał tonem głosu oraz ruchami rąk. Gdy mówił o swoim „synu”, dłonie trzymał przy sercu, a ton miał ciepły, niemal nostalgiczny.
Uśmiechnął się dopiero wtedy, gdy akcja zdejmowania kaktusa dobiegła końca i po raz pierwszy ujrzał Juniora oddzielonego od jego ciała. Rozmasował kark, a następnie przypomniał sobie o własnej głowie. Jego dłonie wylądowały na niej, sprawdził, czy kaktus nie został mu dziury w czaszce i czy ma wszystkie włosy. Zadowolony z wyniku tego testu skierował spojrzenie na blondynkę.
- Niezła z ciebie akuszerka – pochwalił ją, bo w jego mniemaniu wykonała naprawdę dobrą robotę – No dobrze. Chciałbym wziąć go już na ręce, ale poczekam – pozwolił jej jeszcze przesadzić roślinkę, nim wreszcie będzie mógł wziąć swoje dziecko w ramiona. Wstał z krzesła, podszedł bliżej, by przypatrzeć się z bliska temu, co zamierzała zrobić z jego pierworodnym.
- Mackenzie, nie zrozumiesz tego, bo w przeciwieństwie do mnie nie jesteś matką – odparł bez złośliwości w głosie. Po prostu przedstawiał fakty. Nie mogła zrozumieć zależności, jakie tworzyły się przy dzieciach, bo żadnego nie miała.
- Rodzica i dziecko łączy specjalna, nie do opisania więź. Wystarczy, że na niego spojrzę i będę wiedział, co chodzi mu po głowie – wyjaśnił cierpliwie dziewczynie, w której ciele jeszcze nigdy nic nie wyrosło wbrew jej woli. On miał inny od niej punkt widzenia, bo los obdarował go pociechą. Do chodzenia po mieście z kaktusem na głowie nie czuł się przygotowany, ale macierzyństwo roślinki to inna para kaloszy. Był przekonany, że sobie poradzi.
- Nazwę go Theodore Junior – oznajmił i skrzywił się, bo czuł powoli odchodzące korzenie. Nie było tak bolesne, jak się spodziewał, ale wciąż towarzyszyło temu nieprzyjemne uczucie, zwłaszcza wtedy, gdy któryś z korzeni wmieszał się we włosy. Jego ciało w trakcie operacji było przez to tak nienaturalnie spięte, że aż zaczął go boleć kark. Starał się jednak nie poruszać głową, by nie pogorszyć sprawy, a swoje emocje pokazywał tonem głosu oraz ruchami rąk. Gdy mówił o swoim „synu”, dłonie trzymał przy sercu, a ton miał ciepły, niemal nostalgiczny.
Uśmiechnął się dopiero wtedy, gdy akcja zdejmowania kaktusa dobiegła końca i po raz pierwszy ujrzał Juniora oddzielonego od jego ciała. Rozmasował kark, a następnie przypomniał sobie o własnej głowie. Jego dłonie wylądowały na niej, sprawdził, czy kaktus nie został mu dziury w czaszce i czy ma wszystkie włosy. Zadowolony z wyniku tego testu skierował spojrzenie na blondynkę.
- Niezła z ciebie akuszerka – pochwalił ją, bo w jego mniemaniu wykonała naprawdę dobrą robotę – No dobrze. Chciałbym wziąć go już na ręce, ale poczekam – pozwolił jej jeszcze przesadzić roślinkę, nim wreszcie będzie mógł wziąć swoje dziecko w ramiona. Wstał z krzesła, podszedł bliżej, by przypatrzeć się z bliska temu, co zamierzała zrobić z jego pierworodnym.