Listopad nie był dobrym czasem dla łowcy, no chyba, że w podróży. Geraldine siedziała w domu, przy oknie. Słuchała deszczu, który uderzał melodyjnie o parapet. Tak właściwie to nawet lubiła ten listopad, mogła zaszyć się pod kocem w czeluściach swojego mieszkania bez wyrzutów sumienia, że marnuje czas który mogłaby poświęcić na polowanie.
Siedziała w kuchni, w ręku miała szklankę z ognistą, a w ustach papierosa. Wieczór mijał jej całkiem spokojnie i przyjemnie. Jeszcze moment a zdąży się całkiem miło nawalić.
Usłyszała jednak niepokojące dźwięki. Ktoś dobijał się do drzwi jej mieszkania. Thesa nie było - wyjechał w sprawach służbowych. Nie przeraziła się jednak specjalnie, nie była jedną z tych kobiet, które trzeba było ratować z opresji.
Wstała z krzesła i ruszyła w stronę przedpokoju. Wzięła do ręki szpadę, która mogła jej ewentualnie pomóc poradzić sobie z intruzem. Gdy podeszła jednak do drzwi wejściowych usłyszała znajomy głos. Opuściła broń i otworzyła je. - Gio? Co Cię tu sprowadza? - Zauważyła, że musiało być to coś pilnego, wyglądał na całkiem mocno poruszonego. - Wejdź do środka, nalać Ci czegoś? - Wyglądał, jakby tego potrzebował. Ger ruszyła w stronę kuchni, oglądała się jeszcze przez ramię, aby sprawdzić, czy przyjaciel idzie za nią. Usiadła na krześle, czekała aż zacznie mówić co go trapi.