Gio wpadł do środka i położył ręce na ramionach przyjaciółki.
— Stało się! Jesteśmy w stanie wojny!
Mało brakowało, a by jeszcze krzyknął: "Wszyscy zginiemy!" Jego panika była zrozumiała, chociaż z drugiej strony, jako członek Zakonu, tak naprawdę odliczał dni do tego wydarzenia. Napięcia na tle krwi osiągnęły naprawdę niebezpieczny poziom. Prędzej, czy później zjawiłaby się jakaś jednostka stojąca na czele rasistów.
— ...nalać? Wiesz, co, tak. Jonathan zdecydowanie by się teraz przydał.
Poszedł za Geraldine i opadł na krześle. No tak, jeszcze nie powiedział jej, co się właściwie stało.
— Gerry... A więc... Lord Voldemort... Ogłosił wojnę. Ogłosił, że będzie tępił mugoli i mugolaków... Żeby tylko czystokrwiści czarodzieje zostali na tym świecie... Gerry... Co teraz?
Utkwił w czarownicy spojrzenie przestraszonego dziecka. A przecież to on utrzymywał kontakty ze środowiskiem, które od dawna planowało defensywę w razie takiego zbiegu wydarzeń. Ale na moment jakby zapomniał. Był tylko on, sam, jedyny, pragnący osłonić cały świat swoją piersią, ale jednocześnie potrzebujący stabilnego filaru podtrzymującego go od tyłu.