04.05.2023, 21:49 ✶
Zdawało się, że lot ten trwał długo, prawie że całą wieczność. Na tyle długo, żeby nabierać pewności, iż to był błąd – i że w imię niczego zostawiła wszystkich, na których jej przecież zależało. I którym zależało na niej samej. Aż nagle nastąpiło uderzenie o taflę wody, odbierające dech.
Czyli tak wyglądał koniec…?
Myśl pojawiła się i rozproszyła; zaraz bowiem okazało się, że mogła oddychać. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, jakby to miało być ostatnia rzecz w życiu. Jednakże po tym oddechu nastąpił kolejny i kolejny, czula chłód, wszechobecną wilgoć… żyła? Żyli.
Jeszcze.
Wypełzła na brzeg i opadła na niego ciężko, próbując sobie wszystko poukładać. Na Matkę…
Miała – mieli – tu zadanie, toteż musiała się zebrać. Rzecz jasna, z tym to jednak nie taka prosta sprawa, nie, gdy dopiero co było się pewnym, iż to lot ku śmierci. Ale powoli, poczynając od otarcia zalewającej oczy wody, poprzez próbę wyciśnięcia jej z warkocza, kończąc na przypomnieniu sobie o istnieniu różdżki – i spleceniu zaklęcia, żeby się osuszyć.
Obecność Patricka wywołała niepokój – stanowił przecież jeden z filarów Zakonu i naprawdę wolałaby go tu nie widzieć. Aczkolwiek wątpiła, żeby posłuchał, gdyby powiedziała mu wprost: zostań.
- Raczej tak – odparła Victorii, powoli wstając – To wygląda jak inny świat… wątpię. Ale spróbuję – odparła, przymykając oczy. Spróbowała przesłać wiadomość Atreusowi, iż ogniska Beltane faktycznie są portalem – i że ich niszczenie w tej chwili może nie być jednak rozsądne – a oni sami znajdują się jakby w innej krainie.
- Zatem chodźmy im pokazać, ze popełnili największy błąd w swoim życiu – stwierdziła z ponurą determinacją w głosie i ruszyła we wskazanym kierunku, z pomocą węchu próbując ocenić, jak blisko Voldemorta mogli się znajdować, by móc zawczasu ostrzec towarzyszy i przygotować się przed ostatecznym wypadnięciem na spotkanie ze śmiercią. Bo co do tego, że tu nie będzie żadnej litości, nie miała wątpliwości.
Czyli tak wyglądał koniec…?
Myśl pojawiła się i rozproszyła; zaraz bowiem okazało się, że mogła oddychać. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, jakby to miało być ostatnia rzecz w życiu. Jednakże po tym oddechu nastąpił kolejny i kolejny, czula chłód, wszechobecną wilgoć… żyła? Żyli.
Jeszcze.
Wypełzła na brzeg i opadła na niego ciężko, próbując sobie wszystko poukładać. Na Matkę…
Miała – mieli – tu zadanie, toteż musiała się zebrać. Rzecz jasna, z tym to jednak nie taka prosta sprawa, nie, gdy dopiero co było się pewnym, iż to lot ku śmierci. Ale powoli, poczynając od otarcia zalewającej oczy wody, poprzez próbę wyciśnięcia jej z warkocza, kończąc na przypomnieniu sobie o istnieniu różdżki – i spleceniu zaklęcia, żeby się osuszyć.
Obecność Patricka wywołała niepokój – stanowił przecież jeden z filarów Zakonu i naprawdę wolałaby go tu nie widzieć. Aczkolwiek wątpiła, żeby posłuchał, gdyby powiedziała mu wprost: zostań.
- Raczej tak – odparła Victorii, powoli wstając – To wygląda jak inny świat… wątpię. Ale spróbuję – odparła, przymykając oczy. Spróbowała przesłać wiadomość Atreusowi, iż ogniska Beltane faktycznie są portalem – i że ich niszczenie w tej chwili może nie być jednak rozsądne – a oni sami znajdują się jakby w innej krainie.
- Zatem chodźmy im pokazać, ze popełnili największy błąd w swoim życiu – stwierdziła z ponurą determinacją w głosie i ruszyła we wskazanym kierunku, z pomocą węchu próbując ocenić, jak blisko Voldemorta mogli się znajdować, by móc zawczasu ostrzec towarzyszy i przygotować się przed ostatecznym wypadnięciem na spotkanie ze śmiercią. Bo co do tego, że tu nie będzie żadnej litości, nie miała wątpliwości.