Gdy położył swoje ręce na jej ramionach miała wrażenie, że zaraz ją mocno potrząśnie. Tak się jednak nie stało, chociaż była przygotowana do podobnej ewentualności. Widziała bowiem, że naprawdę jest mocno rozemocjonowany.
- Co, jakiej wojny? - Miała świadomość, że nastroje wśród czarodziejów były ostatnio dosyć różne, jednak nie spodziewała się, że to już, że wojna się zacznie. Myślała raczej, że przejdzie bokiem. Najwyraźniej jednak nie mieli tyle szczęścia.
Yaxley nie próżnowała. Wypiła jednym haustem zawartość swojej szklanki i dolała sobie kolejną porcję alkoholu. Na trzeźwo mogłoby być trudno to wszystko przetrawić. - Skąd o tym wiesz Gio? - Musiała o to zapytać.
W jej głowie kłębiło się wiele myśli. Najważniejsze - czy jej rodzina jest w to zamieszana. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę, jakie poglądy wyznawali i po której stronie barykady się znajdą. Ona zostanie gdzieś indziej, jak zawsze. Tego się najbardziej bała, że nadejdzie ten moment, w którym nie będzie już odwrotu, jeśli wybierze stronę, tę którą uważała za słuszną mogło się to skończyć wydziedziczeniem. Martwiło ją to. W końcu jaka by nie była, to zawsze pozostawała rodziną. Odetchnęła głęboko i odpaliła kolejnego papierosa, chociaż poprzedni jeszcze dopalał się w popielniczce.
- Nie wygra tej wojny. - Powiedziała pewnym tonem do przyjaciela. Chciała mu dodać otuchy, bo widziała, że naprawdę mocno się tym przejął. Miała świadomość, że może nie byc łatwo, bo miał swoich fanatyków, jednak tych dobrych było więcej. Przynajmniej tak się jej wydawało. - To niemożliwe, żeby zwyciężył. Nie pozwolimy mu. - Jasno określiła, jakie poglądy uważa za słuszne.