Oczywiście, że Geraldine była zmieszana. Panikujący Gio rzucał dramatyczne hasła i trzeba było chwilę odczekać, by wyrzucił z siebie coś sensownego.
— Dostałem wiadomość patronusem od znajomego z Londynu... Widział to wszystko na własne oczy...
Gio wciąż miał w pamięci wyraźny obraz błękitnej zjawy pojawiającej się w jego pokoju. Twór stworzony z czystego szczęścia zwiastunem horroru.
— Oh, oczywiście, że nie wygra... Nie ma tylu sił, żeby przeciwstawić się nam... Ale tu nie chodzi o zwycięstwo, tylko o terror, który się rozleje... — Urquart przetarł twarz. — Oni mają jedną przewagę, której my nie posiadamy — niewrażliwość na ludzką krzywdę. Będą niszczyć, dręczyć i zabijać. Nie mają skrupułów. Oh, Gerry, co mam teraz zrobić? Od czego zacząć?
Tonął w rozpaczy. Zakon przygotowywał się na ten moment, ale nigdy nie da się być w pełni gotowym. Ziarno niepewności zostało zasiane, wiszące widmo katastrofy przybrało fizyczną formę.