W myślach powstawały mu już różne tragiczne scenariusze. Dotyczące jego najbliższych: rodziców, sióstr, pozostałych krewnych, przyjaciół... ale także dalszych znajomych i nawet przypadkowych osób. Czarownica w pobliskiej piekarni była mugolskiego pochodzenia. Z jego rocznika co najmniej pięć osób miało niemagicznych rodziców, a jakieś dziesięć mieszanych.
— Tak, oczywiście, że powstanie opór... grupy... Jedna już jest... wspominałem ci o tym kiedyś... Jeśli byś chciała się zaangażować, spytałbym, czy mogę cię wprowadzić... to bardzo tajne, rozumiesz...
Gio mówił z coraz większym trudem. Może alkohol faktycznie byłby dla niego dobrym rozwiązaniem. Natłok emocji tworzył w jego organizmie potężny tajfun. Oparł łokcie na stole i schował twarz w dłonie.
Szczególnie ostatnie słowa przyjaciółki rozlały wodę poza brzeg. Intencja była zupełnie inna, lecz emocje Giovanniego stanowiły niepoukładany stos. Pragnął uciec od cierpienia za wszelką cenę. Zaszyć się w swoim domu, tak dobrze schowanym. Ale jednocześnie tak bardzo chciał uchronić każde stworzenie od nadchodzącego kataklizmu. Być ich bohaterem. Bohaterem, którego sam kiedyś potrzebował, ale go nie doczekał. Którego sam musiał sobie wytworzyć.
Ale był ktoś jeszcze. Geraldine. Jego ostoja, rozwiewacz czarnych chmur, otwieracz pąków kwiatowych. Przy niej czuł się tak bezpiecznie, że zrzucić z ramion mógł wszelką odpowiedzialność. Powrócić do nieprzeżytych emocji z dzieciństwa, które nawróciły w tym tragicznym dniu.
Geraldine mogła usłyszeć szloch. Ale nie był to płacz dorosłego mężczyzny, a małego dziecka.