Gerry póki co nie zamierzała się angażować. Wiadomo, jeśli coś wydarzy się w jej obecności - nie będzie mogła udawać, że tego nie widzi. Nie należała do osób, które ignorowały nieszczęście innych, jednak sama z siebie przynajmniej jak na razie wolała zostać z boku. To było dla niej zdecydowanie wygodniejsze, a ona mimo wszystko ceniła sobie tę wygodę, którą wypracowała przez te lata. Trzymała rodzinę na dystans, całkiem bezpieczny, ale dystans. Tak było najlepiej, mogła korzystać z ich koneksji, a przy okazji robić to, na co miała ochotę. Thes przecież Fletcher był półkrwi, od lat jej najbliżsi pokazywali swoje nastawienie do niego. Jednak miała nadzieję, że nie zainteresują się nim bardziej kiedy doszło do tego, że fanatycy zamierzali zacząć przejmować władzę.
- Jak będziecie czegoś potrzebować to pomogę, ale nieoficjalnie. Nie mogę. Wiesz jaka jest moja rodzina. - Miała nadzieję, że nie ma jej tego za złe, ale Yaxley również chciała to przetrwać.
Geraldine przygasiła swojego papierosa. Obserwowała Gio uważnie i miała wrażenie, że coś jest nie tak. Jeszcze bardziej niż było chwilę wcześniej. Oparł ręce o stół. Jakby się na chwilę wyłączył, na pewno pojawiło się wiele emocji z którymi sobie nie radził. To mogło oznaczać, że za chwilę będzie tutaj z nimi Jonathan. Nie pierwszy raz widziałaby tę zamianę. Była przyzwyczajona do tego, że czasem tak po prostu jest. Akceptowała tę inność swojego przyjaciela, przywykła do tego.
Usłyszała płacz, szloch. Brzmiał jednak zupełnie nieznanie. Jakby słyszała dziecko. Tylko dlaczego dziecko? Przecież przed nią siedział Gio, albo Jo, a nie żadne dziecko. Nie do końca wiedziała jak powinna zareagować. Zbliżyła się do mężczyzny, miała w sobie resztki empatii, postanowiła go przytulić. Tak po prostu, skoro zaczął płakać potrzebował bliskości. - Wszystko będzie dobrze. - Powiedziała nim się do niego zbliżyła i objęła go swoimi ramionami. Powtarzała te słowa jak mantrę Wszystko będzie dobrze i sama starała się w to uwierzyć.