06.05.2023, 00:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2024, 20:25 przez Eden Lestrange.)
Nie była pewna, czy chciała brnąć w rozmowę o rozwodzie. Miała wrażenie, że jak o czymś się dużo mówi, to wywołuje się wilka z lasu, a mimo wszystko coś ją odciągało od pomysłu separacji. Może były to przekonania wyniesione z domu, może głupie przywiązanie i przyzwyczajenie, może masochizm, a może... A może po prostu szczere, ciepłe uczucia. Może to, co trzymało ją w tym nieporadnym małżeństwie było amalgamatem wszystkich tych rzeczy, a ona nie wiedziała, jak się do tego odnieść. W końcu mieli być ze sobą na dobre i na złe, a ona z mistrzowską gracją wymijała wszystko to, co miłe.
- Dobre pytanie - przyznała enigmatycznie, również próbując znaleźć cel własnego małżeństwa, które zdawało się trzymać tylko na słowo honoru. - Kto mnie tam wie - dodała, nadal wcale nie rozjaśniając sytuacji. W głębi duszy doskonale znała odpowiedź na zadane przez brata pytanie, jednak nie bez powodu zepchnęła ją na samo dno. Nie była gotowa na odkrywanie tych kart nawet przed samą sobą, a co dopiero przed kimś, kto nie tak dawno za magnum opus obrał sobie posłanie ją na tamten świat. Może powinna była mu pozwolić? Dziś na głowie miałaby znacznie mniej zmartwień.
- Rozumiem, że mówisz z własnego doświadczenia - zagadnęła, unosząc nieco brew. - Czyli jednak dorastanie w moim towarzystwie ci się podobało? Zamordować mnie chciałeś z podniecenia? - Nie wytrzymała długo; po wypowiedzeniu tych słów parsknęła, po czym pociągnęła kolejny łyk alkoholu ze szklanki. Wiedziała, że obracanie kota ogonem w tym momencie niczemu nie służy, chyba że dywersji, która odciągnie uwagę od słabości Eden. Bo czym innym był dla niej William, jeśli nie słabością? Niemniej nie potrafiła się powstrzymać, bo zbywanie śmiechem dręczących ją kwestii weszło jej w krew, nawet jeśli sama próbowała je poruszyć. W pewnym momencie otwarcie swego serca na innych zaczynało się wydawać jej niebywale niezręczne i musiała się ewakuować, zanim zrobi z siebie pośmiewisko.
Była zbyt przyćmiona efektem nadmiernej ilości alkoholu, by potraktować przytulenie brata jako coś nie na miejscu. Dotąd nie zrobiłaby tego w najśmielszych snach, jeśli nie byłoby to podszyte chęcią zbliżenia się, aby wbić mu nóż w plecy. Teraz jednak przyszło jej to naturalnie, bo szkocka (czy cokolwiek, co przed chwilą wchłonęła) nie pozwalała jej myślom wybiegać dalej niż na kilka sekund w przód, a to uniemożliwiało myślenie o konsekwencjach. Nie mogła też przez to snuć niecnych planów obalenia jego godności. Musiała żyć tu i teraz, co na co dzień wydawało się jej niezwykle przerażające.
- Chyba tylko on - odparła, gdy wspomniał o Nicholasie i uśmiechnęła się kwaśno, czego Elliott nie mógł widzieć, bo pozycja, którą przyjęła, na to nie pozwalała. - Ale w porządku, przyjdę na obiad. Bez zapowiedzi, żebyś nie miał czasu mnie otruć - oświadczyła, przymykając oczy. Robiła się senna przez nadmiar alkoholu i powieki robiły się niemożebnie ciężkie.
- Buja tą salą, trochę jak na morzu - wyznała, patrząc bezwiednie przed siebie. Ewidentnie kręciło jej się w głowie, ale jeszcze o tym nie wiedziała. A może wiedziała, tylko stroiła sobie żarty?
Rozmawiali jeszcze dłuższy moment, patrząc na coraz bardziej pustoszejącą salę. Muzyka cichła, a goście powoli wychodzili, aż w końcu rozmowa, która jeszcze przed chwilą toczyła się leniwie, zamarła. Pozostały jedynie półsłówka, jakby nasycili się już wszystkim, co ten wieczór miał do zaoferowania.
- Dobre pytanie - przyznała enigmatycznie, również próbując znaleźć cel własnego małżeństwa, które zdawało się trzymać tylko na słowo honoru. - Kto mnie tam wie - dodała, nadal wcale nie rozjaśniając sytuacji. W głębi duszy doskonale znała odpowiedź na zadane przez brata pytanie, jednak nie bez powodu zepchnęła ją na samo dno. Nie była gotowa na odkrywanie tych kart nawet przed samą sobą, a co dopiero przed kimś, kto nie tak dawno za magnum opus obrał sobie posłanie ją na tamten świat. Może powinna była mu pozwolić? Dziś na głowie miałaby znacznie mniej zmartwień.
- Rozumiem, że mówisz z własnego doświadczenia - zagadnęła, unosząc nieco brew. - Czyli jednak dorastanie w moim towarzystwie ci się podobało? Zamordować mnie chciałeś z podniecenia? - Nie wytrzymała długo; po wypowiedzeniu tych słów parsknęła, po czym pociągnęła kolejny łyk alkoholu ze szklanki. Wiedziała, że obracanie kota ogonem w tym momencie niczemu nie służy, chyba że dywersji, która odciągnie uwagę od słabości Eden. Bo czym innym był dla niej William, jeśli nie słabością? Niemniej nie potrafiła się powstrzymać, bo zbywanie śmiechem dręczących ją kwestii weszło jej w krew, nawet jeśli sama próbowała je poruszyć. W pewnym momencie otwarcie swego serca na innych zaczynało się wydawać jej niebywale niezręczne i musiała się ewakuować, zanim zrobi z siebie pośmiewisko.
Była zbyt przyćmiona efektem nadmiernej ilości alkoholu, by potraktować przytulenie brata jako coś nie na miejscu. Dotąd nie zrobiłaby tego w najśmielszych snach, jeśli nie byłoby to podszyte chęcią zbliżenia się, aby wbić mu nóż w plecy. Teraz jednak przyszło jej to naturalnie, bo szkocka (czy cokolwiek, co przed chwilą wchłonęła) nie pozwalała jej myślom wybiegać dalej niż na kilka sekund w przód, a to uniemożliwiało myślenie o konsekwencjach. Nie mogła też przez to snuć niecnych planów obalenia jego godności. Musiała żyć tu i teraz, co na co dzień wydawało się jej niezwykle przerażające.
- Chyba tylko on - odparła, gdy wspomniał o Nicholasie i uśmiechnęła się kwaśno, czego Elliott nie mógł widzieć, bo pozycja, którą przyjęła, na to nie pozwalała. - Ale w porządku, przyjdę na obiad. Bez zapowiedzi, żebyś nie miał czasu mnie otruć - oświadczyła, przymykając oczy. Robiła się senna przez nadmiar alkoholu i powieki robiły się niemożebnie ciężkie.
- Buja tą salą, trochę jak na morzu - wyznała, patrząc bezwiednie przed siebie. Ewidentnie kręciło jej się w głowie, ale jeszcze o tym nie wiedziała. A może wiedziała, tylko stroiła sobie żarty?
Rozmawiali jeszcze dłuższy moment, patrząc na coraz bardziej pustoszejącą salę. Muzyka cichła, a goście powoli wychodzili, aż w końcu rozmowa, która jeszcze przed chwilą toczyła się leniwie, zamarła. Pozostały jedynie półsłówka, jakby nasycili się już wszystkim, co ten wieczór miał do zaoferowania.
Koniec sesji
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~