Wyjątkowo Brenna nie mijała się z prawdą w kwestii słodyczy. Ba, te skamieliny, które sprzedawano w ministerialnym bufecie, mogły służyć nie tylko za posiłek, nad którym można spędzić długie godziny, starając się nie stracić zębów, ale także za broń. Tak, dokładnie! Bardzo twardy pączek mógł mieć szereg zastosować jako broń dalekiego zasięgu. Można było go wykorzystać do ćwiczeń na celność, sprawdzając, czy na pewno wyląduje w śmietniku na drugim końcu biura lub jako środka, którym doprowadzi się współpracownika do początku, uderzając pączkiem w jego potylicę. Może bufet powinni przemianować na zbrojownię?
— Może to coś w powietrzu? Albo pomiędzy poziomem mostu a przepaścią, więc... ugh... wybrał najkrótszą drogę? — Skrzywił się na to określenie. Nie należało do najbardziej trafionych.
Na wspomnienie o matce, zerknął z niezrozumieniem na siostrę. Czemu miałaby mieć coś przeciwko temu, że pomagają osamotnionemu, a przy tym wyraźnie nieco zaniedbanemu, zwierzakowi? Dopiero po chwili na jego twarzy pojawiły się oznaki zrozumienia. Ach, no tak. To byłby już czwarty w tym roku. No, ale przecież nie mogli go zostawić! Mierzył się z Brenną wzrokiem, tocząc z nią w ten sposób niewerbalny dialog, aż koniec końców doszli do wspólnej konkluzji: od teraz w rezydencja Longbottomów miała aż cztery psy. Huh. Inne rodziny czystej krwi raczej zajmowały się „kolekcjonowaniem” obrazów, błyskotek lub cennych waz. Najwidoczniej oni musieli mieć coś żywego. Każdy ród był jakoś skrzywiony w tej społeczności.
— Kąpiel, to na pewno. I duża miska smakołyków — pokiwał głową, krzywiąc się z lekka na wspomnienie o pchłach. — Trzeba będzie też znaleźć jakiegoś weterynarza. Czy to schronisko, w którym byliśmy, jakiegoś nie polecało? — Zerknął kontrolnie na psa. Z drugiej strony, nie wiedzieli jeszcze, czy był to, aby na pewno zwykły pies. Bądź co bądź, przed chwilą próbował się rzucić w przepaść. Jeśli faktycznie była to kwestia tego, że w okolicy królowały efekty jakiejś magii, to kto wie, czy i psiak nie miał z nią jakichś konszachtów? — I jakiś magizoolog. I łamacz klątw? Wiesz, tak, żebyśmy razem z Dani mieli pełną diagnozę.
Kiedy Bren wyczarowała obrożę i kaganiec dla ich nowego podopiecznego, Erik odstawił go na ziemię, wycierając dłonie o spodnie. Na wszelki wypadek też weźmie potem kąpiel. A może nawet dwie. I prysznic, tak żeby na pewno nic na niego nie przeszło z psa. Bądź co bądź, w posiadłości będą jeszcze trzy psy, a te zazwyczaj kręciły się wokół nich przez większość dnia. Lepiej było mieć jednego zarażonego psa niż trzy. Ugh, pełnia z pchłami, wzdrygnął się na samą myśl, że to tałatajstwo mogłoby się do niego przyplątać w formie wilka.
— Śmiało. Tylko uważaj, żebyśmy nie mieli powtórki sprzed kilku dni — rzucił niemrawo, po czym odebrał smycz od siostry i obwiązał ją sobie dwukrotnie wokół dłoni, żeby mieć lepszy zacisk. Jeśli pies nagle wierzgnie, to prędzej powstrzyma go przy użyciu własnej siły niż zaklęcia. — Za mostem jest podobno jakaś atrakcja turystyczna. Na początku szlaku była jakaś tablica... Jakaś wieża, czy dworek przerobiony na pensjonat? Tam możemy popytać, a potem spróbujemy go doprowadzić do porządku w domu.
Raczej nie będą teraz krążyć po szlaku z wystraszonym zwierzęciem. Już wystarczająco dużo przeżył jak na jeden dzień, a gdy już trafi do rezydencji, też może przeżyć mały szok. Pełno ludzi, dużo zwierząt, skrzat, sowy... Erik westchnął cicho i uśmiechnął się pocieszająco do psa.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞