Ger dużo częściej zadawała się z mężczyznami, niż z kobietami. Nie ma się co dziwić, że i wśród Changow znała właśnie męskiego potomka. - A co, myślałeś, że one są wiatropylne, wynurzają się z fal morskich, czy jak? - Miała świadomość, że ta rodzina była łączona głównie z kobietami, no jednak i tam znaleźć można było wyjątek. Tylko, że nie do końca umiała go umiejscowić w ich hierarchii.
Tak, Geraldine zdawała sobie sprawę, że gdyby powiedziała, że nie chce, żeby pracował dla Changów to mielby problem z głowy. Nie musiałaby się martwić o to, że ktoś go oszuka, czy stanie mu się krzywda. Jednak też nie chciała mu tego zabierać, widziała, że cieszy się na samą myśl, że mógłby tam pracować. Szkoda, że nie znalazł lepszego miejsca, no ale czy istaniało lepsze miejsce na Nokturnie?
Czuła nerwowość w tym w jaki sposób jej dotykał. Przymknęła na chwilę oczy i odetchnęła głęboko. Zadecydowała, póki co niech próbuje. Jak coś pójdzie nie tak, to ona się tym zajmie, przecież go nie zostawi samego. Czuła, że jest za niego odpowiedzialna.
Jej słowa wzbudziły w nim wahanie, chciała to osiągnąć, jednak nie zamierzała rezygnować z jego inicjatywy. Nie miała zamiaru podcinać mu skrzydeł. - Rozumiem te argumenty, naprawdę. - Podniosła się z krzesła, nie oderwała przy tym ręki od jego uda, drugą zaś oparła o blat, nachyliła się ku niemu tak, że ich twarze niemalże się dotykały. Oczy jej błyszczały, spoglądała na niego niebieskimi tęczówkami. - Masz mi tylko dać słowo, że będziesz uważał, bo współpraca z nimi jest ryzykowna. Proszę. - Dłoń Geraldine powoli przesuwała się coraz wyżej po jego udzie. Dotykała go bardzo delikatnie, właściwie była skoncentrowana zupełnie na czym innym. Na tym, co mówił.