08.05.2023, 23:36 ✶
Już praca jako brygadzista wymagała pewnej umiejętności opanowania emocji i zachowywania zimnej krwi; o ile może nie była to umiejętność wymagana do siedzenia przy biurku, tak gdy wychodziło się w teren… to już zgoła inna sprawa.
Zachowanie zimnej krwi mogło przeważyć o być albo nie być – swoim własnym czy innych.
Dlatego też początkowo uznała, powinien już odpuścić, pozwolić, by kto inny stał się tarczą chroniącą przed zagrożeniem. Ale teraz… cóż, każdemu zdawały się chwile słabości, nieprawdaż? Tylko żeby się nie powtórzyły, nie w najgorszym możliwym momencie.
”Nie bądź idiotą” zamarło niewypowiedziane na wargach, choć głównie dlatego, że koncentrowała się na przeciwniku. Przecież nie wypadła sroce spod ogona, to nie tak, że nie potrafiła miotnąć zaklęciem albo dwoma. Czy nawet więcej. Nawet nie dało się jej nazwać świeżakiem – już swoje widziała, już swoje przetrwała. I w tej chwili miała całkiem sporo pewności, że potrafiłaby doprowadzić sprawę do końca.
Ale coś kazało milczeć.
Wzięła za to głębszy wdech, gdy przeciwnik został spętany – zaklęcie powinno było go powstrzymać i przytrzymać na miejscu dostatecznie długo, żeby dało się nim „zaopiekować” w odpowiednim czasie.
Jedyną odpowiedzią Mavelle było ciche przekleństwo – to oczywiste, że mogli, wróć, musieli teraz tam iść. Bo sytuacja wcale nie zdawała się teraz polepszać, a wręcz przeciwnie, pogarszać. Pytanie, jakie powstawało, brzmiało: ilu jeszcze tam jest?
Bo – jak miała nadzieję – przez ten cały dotychczasowy czas już zdążyli stąd zniknąć. Ale tę rozbił w pył krzyk. Jednak nie wszyscy, na Matkę, nie wszyscy.
- Al, nie... – wypaliła, odruchowo chcąc go powstrzymać. Wbieganie w pojedynkę do płonącego budynku, gdy miała tu warować przed drzwiami? Właściwie… to tak bardzo pasowało do Moody’ego. Pójść na pierwszą linię, nie pozwolić innym posłużyć sobie za wsparcie. Początkowo nawet się za nim rzuciła, najwyraźniej również chcąc wejść do budynku. Ale też zaraz zdała sobie sprawę z tego, ze faktycznie ktoś powinien był przypilnować na zewnątrz. Zatem zmełła w ustach kolejne przekleństwo i koniec końców pozostała na miejscu.
Spokojna z zewnątrz, niespokojna wewnątrz.
Nawet pojawienie się Harper nie poprawiało zbytnio sprawy – bo przecież on tam cały czas był. Pozostawało czekać. I zabijać czas rozmową, ale wciąż – im dłużej Moody się nie pojawiał, tym bardziej była niespokojna. To, co wziął za rozbawienie? W rzeczywistości było tak naprawdę czym innym.
Och, jak kusiło – rzucić się mu na szyję, wtulić się, zaciągnąć się zapachem! Ale mimo wszystko – nie po to nakreśliła tę niewidzialną granicę, żeby ją przekraczać pod wpływem chwili. Dlatego owszem, skierowała się w stronę Alastora, ale nie tak naprawdę do niego, tylko do uratowanej kobiety.
- Ja… chyba tak – wyjąkała w odpowiedzi. Nie stała szczególnie pewnie na swych nogach, niemniej Bones ją podtrzymywała, gwarantując tym samym, że nie wyląduje znienacka na ziemi.
Zaraz nastąpi to po – ale Mavelle odpychała od siebie tę świadomość. Tak, to byłoby proste – postąpić jak kiedyś. Zbyt proste. Ale nie skończyłoby się to dobrze – tego kobieta była pewna. Zatem jedyne, na co ostatecznie się zdobyła, w momencie gdy mogli się rozejść, to klepnięcie po ramieniu i pożegnalny uśmiech.
Jak gdyby nigdy nie zdarzyło się między nimi coś więcej.
Zachowanie zimnej krwi mogło przeważyć o być albo nie być – swoim własnym czy innych.
Dlatego też początkowo uznała, powinien już odpuścić, pozwolić, by kto inny stał się tarczą chroniącą przed zagrożeniem. Ale teraz… cóż, każdemu zdawały się chwile słabości, nieprawdaż? Tylko żeby się nie powtórzyły, nie w najgorszym możliwym momencie.
”Nie bądź idiotą” zamarło niewypowiedziane na wargach, choć głównie dlatego, że koncentrowała się na przeciwniku. Przecież nie wypadła sroce spod ogona, to nie tak, że nie potrafiła miotnąć zaklęciem albo dwoma. Czy nawet więcej. Nawet nie dało się jej nazwać świeżakiem – już swoje widziała, już swoje przetrwała. I w tej chwili miała całkiem sporo pewności, że potrafiłaby doprowadzić sprawę do końca.
Ale coś kazało milczeć.
Wzięła za to głębszy wdech, gdy przeciwnik został spętany – zaklęcie powinno było go powstrzymać i przytrzymać na miejscu dostatecznie długo, żeby dało się nim „zaopiekować” w odpowiednim czasie.
Jedyną odpowiedzią Mavelle było ciche przekleństwo – to oczywiste, że mogli, wróć, musieli teraz tam iść. Bo sytuacja wcale nie zdawała się teraz polepszać, a wręcz przeciwnie, pogarszać. Pytanie, jakie powstawało, brzmiało: ilu jeszcze tam jest?
Bo – jak miała nadzieję – przez ten cały dotychczasowy czas już zdążyli stąd zniknąć. Ale tę rozbił w pył krzyk. Jednak nie wszyscy, na Matkę, nie wszyscy.
- Al, nie... – wypaliła, odruchowo chcąc go powstrzymać. Wbieganie w pojedynkę do płonącego budynku, gdy miała tu warować przed drzwiami? Właściwie… to tak bardzo pasowało do Moody’ego. Pójść na pierwszą linię, nie pozwolić innym posłużyć sobie za wsparcie. Początkowo nawet się za nim rzuciła, najwyraźniej również chcąc wejść do budynku. Ale też zaraz zdała sobie sprawę z tego, ze faktycznie ktoś powinien był przypilnować na zewnątrz. Zatem zmełła w ustach kolejne przekleństwo i koniec końców pozostała na miejscu.
Spokojna z zewnątrz, niespokojna wewnątrz.
Nawet pojawienie się Harper nie poprawiało zbytnio sprawy – bo przecież on tam cały czas był. Pozostawało czekać. I zabijać czas rozmową, ale wciąż – im dłużej Moody się nie pojawiał, tym bardziej była niespokojna. To, co wziął za rozbawienie? W rzeczywistości było tak naprawdę czym innym.
Och, jak kusiło – rzucić się mu na szyję, wtulić się, zaciągnąć się zapachem! Ale mimo wszystko – nie po to nakreśliła tę niewidzialną granicę, żeby ją przekraczać pod wpływem chwili. Dlatego owszem, skierowała się w stronę Alastora, ale nie tak naprawdę do niego, tylko do uratowanej kobiety.
- Ja… chyba tak – wyjąkała w odpowiedzi. Nie stała szczególnie pewnie na swych nogach, niemniej Bones ją podtrzymywała, gwarantując tym samym, że nie wyląduje znienacka na ziemi.
Zaraz nastąpi to po – ale Mavelle odpychała od siebie tę świadomość. Tak, to byłoby proste – postąpić jak kiedyś. Zbyt proste. Ale nie skończyłoby się to dobrze – tego kobieta była pewna. Zatem jedyne, na co ostatecznie się zdobyła, w momencie gdy mogli się rozejść, to klepnięcie po ramieniu i pożegnalny uśmiech.
Jak gdyby nigdy nie zdarzyło się między nimi coś więcej.
Koniec sesji